piątek, 17 marca 2017

ZRYWY MIŁOSNE



Ostatnio więcej zrywów w moim treningu niż regularności. Przypływy miłości do biegania i odpływy chęci mocują się ze sobą, przeciągają linę, w minionym tygodniu układają się w wynik 4:3. Niby wciąż wygrywam, ale jak nastąpi sztorm, a po nim mocny odpływ, remisu nie będzie.

Dziś znów była radość, krótki, ale pełny trening. Rozgrzewka, 6 km w narastającym tempie, 5 mocnych przebieżek, schłodzenie w swobodnym biegu, 21 minut ćwiczeń obwodowych na plenerowej siłowni i kwadrans rozciągania po kąpieli. Waham się, czy atakować bieg na 10 km, czy jednak trenować dla przyjemności i ewentualnie w formie typu „jaka będzie”, stanąć na starcie. Albo nie biec w ogóle, ale sumiennie trenować. Próbuję wdrożyć moje „codziennie coś”, ale łapię się na tym, że jak zrobię cokolwiek, to i tak mnie nie satysfakcjonuje, czuję niedosyt, lekką irytację. Błędne koło.



Wczoraj był drugi z rzędu dzień bezruchu. Dzień, który rozpoczął się od samych małych niepowodzeń, taki, gdy już na starcie wiem, że byle drobiazg potrafi rozwalić system (nerwowy). Zmęczenie po dobrym śnie, brak mleka do kawy, niedoczas, psy ciągnące w złe strony, zawieszka komórki, córka ubierająca się w ślimaczym tempie, znów nadmiar zadań zapisanych w notesiku, których nie uda się zrealizować, paradowanie w stroju biegowym dla ozdoby. Ale zmieniło się jedno i od razu było lepiej. Ustąpił ból w kolanie, który męczył po wykonaniu ćwiczeń poza zasięgiem moich aktualnych możliwości. Pojawiła się wizja treningu o brzasku następnego dnia, czyli dziś. W lesie było cichutko, tylko dzięcioł znów wystukiwał rytm na 3. kilometrze. Spryciula, zawsze chowa się za pniem, gdy próbuję go namierzyć. Na moment zastyga, zmyka i znów narzuca swoje tempo. Moje było średnie.

Jutro ruszam najwcześniej, jak tylko się da. Bo weekendowy brzask w moim lesie jest najpiękniejszy na świecie. A na śniadanie jak co sobotę kaszanka z jabłkiem i cebulką. Hough!


wtorek, 7 marca 2017

POSZUKIWANIE SZYBKOŚCI



Po feriach wszystko wróciło do normy, kolano odzyskało przyzwoitą ruchomość, nadmiar mazi rozprowadził tu i ówdzie zwykły odpoczynek, nogi znów przebierają sprawniej, aż chce się wstawać o brzasku i lecieć do pustego, cichego lasu. Codzienne treningi dozowane w odpowiednich, zwiększających się dawkach sprawiły, że znów poczułem tempo. Ale do wymarzonego 3:29 na kilometr nadal lata świetlne. Mam jednak dodatkowe dwa tygodnie zapasu na trening, bo moją dychę zaatakuję dopiero 23 kwietnia podczas OWM.Koszulkę mam, wierzę, że radę dam i się nie poddam (a raczej mój układ ruchu).

Moje włókna szybkokurczliwe zostały uśpione, osłabione i zdominowane przez te wolnoobrotowe. Nigdy nie miałem ich zbyt dużo, byłem koniem do biegania długo i daleko, takim co nawet po błocie pociągnie. Musiałem ostro pracować nad dynamiką i mocą, żeby wykrzesać z mięśni trochę szybkości. Wtedy oczywiście za mało o sobie wiedziałem, świadomość nadeszła na szczęście w mistrzowskim sezonie, jesienią 2015 roku. Pamiętam, że codziennie ćwiczyłem na drabince koordynacyjnej, bardzo mocno przykładałem się do każdego ćwiczenia, gdzie trzeba było przyspieszyć, koncentrowałem się na pracy kolan i rąk. Oczywiście ta boiskowa szybkość była zupełnie inna niż biegowa, bo w meczu liczył się błyskawiczny start i doskok do przeciwnika. Kilka, góra kilkanaście metrów, żeby nie oglądać na plecach napastnika rywali jego numeru i nazwiska. W bieganiu mowa o trochę innej szybkości, ale praca nad nią to bezustannie prawdziwe wyzwanie dla takiego wolnoobrotowego diesela jak ja. Choć Mariusz Giżyński pięknie mnie pompuje słowami: Dasz radę, szybki jesteś.



Z Mariuszem Giżyńskim ustaliłem prosty plan działania na najbliższe 3 tygodnie. Dwa treningi swobodne do 12 km z przebieżkami , następnie trzeciego dnia ostra jazda. Zabawy biegowe na czas (1-3 min.), biegi z narastającą prędkością, potem dopiero wejdą klasyczne interwały. Ten układ bardzo mi pasuje. Dodatkowo siła ogólna i rozciąganie. Więcej nie chcę na siebie brać, bo albo będę z braku czasu pomijał, albo wykonywał po łebkach. Dlatego lepiej od ręki to odpuścić i skupić uwagę oraz wpompować energię w sprawdzony kwartet: swobodne bieganie - akcenty - siła ogólna - stretching. Zamierzam dorzucić basen, ale jakoś ciągle omijam go szerokim łukiem. A przydałby się na pewno. Pewnie jak i roller, orbitrek, gumy, trx, cross fit. Dużo tego. Za dużo. Hough.

poniedziałek, 27 lutego 2017

POWALONY NA… KOLANA



Poprzedni tydzień rozłożył mnie na łopatki. Kolana nie dały rady w Beskidzie Niskim i zmusiły mnie do karnego wypoczynku. Został basen i spacery. Oczywiście została też siła ogólna i inne takie tam deski, gym breaki, ogólnorozwojówki, ale ochota uciekła bezpowrotnie na wszystkie aktywności bez wyjątku. Odpuściłem. Czy forma też dała dyla?

Nie umiem trenować podczas ferii i wakacji, co mnie podwójnie spina i umęcza. Bo z walizki wysuwają się ciuszki biegowe, a ja nie sięgam po nie tak często, jak planowałem. Miewam zrywy i stuprocentową pewność, że jak nie ruszę o świcie, to potem umarł w butach, biegowych butach. I nawet nie boli mnie w głębi duszy sam bezbieg, że odpuszczam treningi biegowe, ale że zawalam wypracowaną gibkość i siłę ogólną. Bo choć bieganie trzeba było odłożyć na później, to ćwiczenia przy kominku niekoniecznie. 

W Beskidzie mało płaskich tras, wszędzie podbiegi i zbiegi. Wybierałem te najbardziej łagodne, jednak na zbiegach ustawiałem nogi nienaturalnie i tak oszczędzałem, że.... przeholowałem. Nawet nie dlatego, że włączała mi się brawura, ale zwyczajnie z tego powodu, że to i tak było za duże przeciążenie. W stawie znów zrobiło się gęsto od mazi, pojawiło się nieznośne rozpieranie odśrodkowe, ograniczenie ruchomości. Dociągnięcie stopy do pośladka i rozciągnięcie mięśnia czworogłowego uda znów było poza zasięgiem. Było, bo kolana odpoczęły i znów są gotowe do miejskiego trailu. Uff! Moja żona twierdzi, że jestem powalony… Powalony na kolana, hahaha!



Wczoraj były tylko drążki (mroźna fota z poprzedniego treningu przy Monte Kazurze), dziś trzeba odpalić plan z minionego tygodnia, kartki się skleiły i tyle. Las jest bezśnieżny, ścieżki dość suche, nic tylko biegać. Mam najświeższy meldunek, bo koło 5:30 spotkałem podczas spaceru z psiakiem jednego z biegaczy starej gwardii. Tadziu Mika, bo o Nim mowa, to zaprawiony biegacz z sukcesami w kategoriach oldboyów na koncie. Biega po tych samych ścieżkach Lasu Kabackiego znacznie dłużej niż ja, pamiętam jak razem śmigaliśmy wybiegania i gadaliśmy o moich przygotowaniach do kolejnego maratonu. Powiedział, że wyniki przyjdą w piątym roku regularnego biegania. Trafił w punkt! Doświadczenie, otwartość, rozwiany dłuższy włos na plecach, życiówka maratońska na poziomi 2 h 30 min z małym hakiem, zawsze bez czapki. Tadziu zaprosił do lasu, bo od soboty, gdy topił się brudny lód, nastąpiła niespodziewana odmiana. Lekkie błotko, trzeba lecieć.


Bilans poprzedniego tygodnia na nomen omen kolana nie powala. Raptem 3 treningi, więc trzeba zrozumieć, zapomnieć i nadrabiać zaległości. Do dzieła! Na kabacki dukt do biegu, gotowy, start! Hough!

poniedziałek, 20 lutego 2017

PRZEGONIĆ BEZSEN(S)



To był trudny, nadzwyczaj intensywny tydzień. Dał mi w kość, a nawet w dwie, które z braku laku, czyli chrząstki, naparzają o siebie ze zdwojoną siłą. Ale wzmocnione mięśnie coraz stabilniej wspierają moje biegowe starania. Jednak bardziej niż kolana bolały w tym tygodniu nieprzesane noce. Lubię spać, choć nie jestem śpiochem.

Wstaję zawsze rannym świtem, chodzę spać z kurami, więc wyrabiam 7 godzin snu minimum. Ponadto od lat niezmiennie wierzę w teorię, że godziny rzetelnie wyspane przed północą, liczą się podwójnie. Sen mnie zwyczajnie uzdrawia, to mój największy i najlepszy sojusznik w regeneracji i autonaprawie mikrourazów. Jednak w minionym tygodniu snu było jak na lekarstwo, na co nałożył się nadmiar zadań, brak czasu i zwariowane podróże na trasie Warszawa - Beskid Niski. Do tego praca, treningi, emocje - skąd ja to znam? Znów wziąłem na siebie za dużo. Stąd we wtorek w nocy zaliczyłem totalny bezsen(s). A obiecywałem sobie, że nie tędy droga, że nie dam się omotać tak szaleńczej jeździe bez trzymanki. Podła ambicja, która raz na jakiś czas pcha w stronę autodestrukcji.



Kolano nadal jednak trwa i walczy o nową życiówkę i realizację mojego dość pogmatwanego planu. A ten się klaruje. 8 kwietnia dycha w Starych Babicach, 9 kwietnia prowadzenie zawodów w Wieliszewie, dzień później krojenie. Idealnie, by wykurować się na wakacje. I nawet nie chodzi na nich o uprawianie sportu, lecz przede wszystkim jako taką formę, by nie łazić o kulach i nie kuśtykać, tylko powzmacniać na piachu, w jeziorze, na rowerze.



Sportowo opuściłem dwa treningi w moim planie rozpisanym przez Mariusza Giżyńskiego i lekko zmieniłem dwa następne, eureka, świat się nie zawalił. Trener też człowiek, na pewno zrozumie. Pierwsze dwa dni wypadły za to znakomicie. W poniedziałek dyszka z narastającą prędkością, przebieżki 200 m, a we wtorek nagrywana do "O co biega?" zabawa biegowa. Las był śliski, zimny, nieprzyjazny, ale się udało. Środa i piątek bez zajęć, za to w podróży tu i tam. W czwartek cudny, regenerujący bieg stokówką, w sobotę dużo naturalnej siły biegowej z pniakami, na belce, z drągiem na barach. W niedzielę i poniedziałek znów stokówka, ale w coraz mocniejszym tempie. Do tego nieustanna aktywność z dzieciakami w kopnym śniegu. Jak to na feriach.

Pn - 8 km + 5 x 200 m + 1 km swobodnie.
Wt - 3 km + zabawa: 3', 2', 1' razy trzy na przerwach równych szybkiemu biegowi + 2 km wolno.
Śr - reaktywacja po nocnej miazdze
Czw - 10 km cross + stretching
Pt - podróże
Sb - długa ogólnorozwojówka i naturalna siła ogólna
Nd - 9 km cross i siła ogólna + stretching
Pn (dziś) - 10 km cross, dość mocna druga połowa pod górę + siła ogólna + stretching

czwartek, 9 lutego 2017

INTERWAŁOWE ZWIERZĘ!



Po niedzielnym prztyczku w nos ani śladu. To był świetny wybór, żeby zwolnić, bo dzięki temu mogłem w tym tygodniu skutecznie przyspieszyć. W poniedziałek czułem solidne zmęczenie, bieg regeneracyjny uleczył nogi (6 km). We wtorek ruszyłem na Górkę Kazurkę, ale wielka w tym zasługa Tamary Mieloch, jednej z regularnych zwyciężczyń cyklu Monte Kazura. Miałem w planach podbiegi i gdy odprowadzałem Marysię do szkoły, to trafiłem na Tamarę, która ruszała na... podbiegi. Nie wypadało kombinować.

Wprawdzie Tamara zaczęła wcześniej i miała do wykonania dłuższe podbiegi, to zdążyliśmy się spotkać na szczycie. Tamara zna Monte Kazurę jak własną kieszeń, zresztą pięknie opisała ją wraz z cyklem biegów w trzecim numerze magazynu "TRAIL. Krok do natury". Mój trening minął więc sprawnie. Najważniejsze, że jakoś wyhamowałem z napieraniem i bez popisów przed własnym sportowym ego, wykonałem plan, czyli 10 podbiegów po 100 m. Wprawdzie na Kazurce to jest inna bajka niż na Agrykoli, czy innym równym jak stół podbiegu o właściwym nachyleniu, bo ścieżki są zdradliwe, a stromizny ostre. Mam duży problem ze zbieganiem, wtedy brak chrząstek doskwiera najbardziej. Wypracowałem już metodę skippingową, hahaha. Na paluszkach i dość szeroko rozstawionych nogach osuwam się w dół. W sumie nabijam i wzmacniam czwórki.

Środa była niezwykle przyjemna. Poderwałem się z łóżka o 4:40, odpaliłem komputer, ale już o 6:00 po spacerze z psami wbiegałem do lasu. Świeży śnieg zmiękczył podłoże i naturalnie rozświetlił aleje. Jestem typowym mieszczuchem, więc muszę się oswoić z leśną ciszą - na pierwszych dwóch kilometrach reaguję z lekką paniką na każdy szmer i trzask. Po chwili to mija, cisza i ciemność uspokajają. Dopiero na 6. km natknąłem się na innego biegacza, świtało, budził się dzień. W planach był też drugi lekki bieg wieczorem, ale w ciągu dnia pokonałem jakiś tuzin kilometrów dziarskim marszem, więc postawiłem na solidne, długie rozciąganie.



Dziś czekała mnie zabawa biegowa. Jak ja lubię interwały! Przeżywam podczas nich huśtawkę nastrojów - od zniechęcenia po euforię i z powrotem. Najważniejsze, że popychają mnie do przodu, że wymuszają przemiany tlenowe, których nie daje bieganie w jednostajnym tempie. Las nie sprzyja jednak szybkiemu bieganiu, jest wyślizgany, ale nieustannie trenuję w Hokach trailowych z dość ambitnym bieżnikiem, więc nie narzekam na brak przyczepnośći. Dwa w jednym: amortyzacja i stabilność. Lubię w pierwszej fazie przygotowań dwuminutówki i minutówki, bo pędzi się do przodu z czystą głową. Na bieganie odmierzonych odcinków przyjdzie czas, gdy pojawi się baza i moc, no i zniknie śnieg i lód. Dziś jeszcze popołudniowe człapanie i siła ogólna. Za pierwsze nie dam głowy, hahaha, za to siłę chętnie zrobię. Trenera nie wykiwam, więc warto być fair w przedbiegach. Poniżej jak to wygląda w cyferkach, może ktoś z Was skorzysta. Hough!

Pn - 6 km i rozciąganie + siła ogólna
Wt - 4 km swobodnie + 5' ogólnorozwojówki w ruchu + 10 podbiegów 100 m + 3 km schłodzenia
Śr - 10 km swobodnego biegu + długi stretching
Czw - 3 km biegu + 5' ogólnorozwojówki w ruchu + 10 x 2' + 5 x 1' na minutowej przerwie + 1 km truchtu.

niedziela, 5 lutego 2017

TRENING NA PIĄTKĘ!



A miało być tak pięknie. I dobrze, że nie było. Rozsądek zwyciężył z niezdrową ambicją i zamiast szybkiej dyszki po 4:20/km, nakazał stanowczo wykonanie tylko połowy zadania. Nic nie szło tak jak powinno. Nogi były przeciążone serią dziesięciu treningów z rzędu, fakt, krótkich, urozmaiconych, ale nawarstawiające się zmęczenie, odbiło się na możliwościach. Oddech był krótki, tętno za wysokie, kolana obolałe. Stąd kontrolowana odpustka.

Trening był jednak mimo wszystko bardzo udany. Najpierw 10' ogólnorozwojówki, potem 5 km szybko - między 4:28 a 4:13, 1 km truchtu, potem 3 serie siły biegowej: skip A, skip C, marsz dynamiczny, 1 km truchtu na schłodzenie. W sumie: 8 km. W domu 10' rozciągania. Mariusz Giżyński rozpisał mi plan w excelu, ale ja wolę uzupełniać ręcznie, potem dopiero naniosę w tabelki. Są dwie rubryczki ze skalą od 1 do 10: samopoczucie i warunki. Było bardzo ślisko, byłem bardzo słaby, więc wyceniam obie kategorie na 5. Trening na piątkę, przynajmniej brzmi dumnie! I to na czerwonym szlaku, hahaha!

Co czułem, gdy zwolniłem? Paradoksalnie wcale nie zawód, nie żadne rozczarowanie, po prostu zwyczajne zrozumienie. Nie byłem w stanie polecieć więcej w tym tempie na tym poziomie mojej formy. Za mało pary w płucach, niepewność na leśnym lodowisku, podmęczone nogi, nabita nadmiarem myśli głowa. Zwalniałbym na każdym następnym kilometrze, przeforsował kolano, pogubił nogi, wypluł płuca i efekt treningu byłby mizerny, wręcz opłakany w skutkach. A tak poczułem wyższą prędkość na dłuższym odcinku niż przebieżki i przede mną następny tydzień zasuwania. Na wolnych obrotach, bez pakowania się w trening wybiegający poza aktualne możliwości. Z dobrym nastawieniem. 

To był bardzo dobry tydzień, który zakończył się lekkim prztyczkiem w nos. Szybkie bieganie jednak dopiero przede mną. Najpierw czas na bazę. Dziś regeneracja, tego mi potrzeba. I ukochane drążki! Hough!

piątek, 3 lutego 2017

LEPIEJ ZA PÓŹNO NIŻ WCALE!



Mam plan, że plamy nie dam / 
Mam plan i się go trzymam / Wiem, w co wierzę man, na siebie liczę sam / Od nowa zaczynam, na odwagę się zdobywam / Wywalam ziom spam, prosto wybaczam / Do przodu gnam, nad chmurami "run"... 

Słowa piosenki  Goorala, którą wykorzystałem parę lat temu w reportażu z pierwszego Biegu Ultra Granią Tatr, pasują jak ulał do mojej sportowej sytuacji. Jest niewesoła, bo brakuje zdrowia, znaczy trzeba naprawić kolana, a dokładnie szukam do nich chrząstek w dobrej cenie. Z nimi bowiem taki feler, że to struktury naturalnie nieodnawialne. Łykanie supernowoczesnych preparatów, czy ostrzykiwanie z hialuronów i innych cudownych kwasów, to bujdy na resorach. Przynajmniej tak stwierdziło czterech kolejnych niezależnych ortopedów, patrząc uważnie na moje wyniki rezonansu. Trzeba wstawiać membrany, albo stosować mikrozłamania.

Do rzeczy. Kolana działają jako tako. Więc wpadłem na genialny w swojej głupo..., tfu, prostocie plan - zrobię solidne przygotowania do biegu na 10 km, powalczę o życiówkę i spełniony położę się na stół operacyjny następnego dnia. Może nawet z medalem na szyi. Grunt, żeby zbudować formę pod kątem... powrotu do zdrowia. Pokrętna to teoria spisku, no i ryzykowna gra, bo może posypać się znacznie więcej, ale trenuję inaczej niż dotychczas. Mam już plan, który rozpisał mi Mariusz Giżyński i się go trzymam, ale... z lekkim liftingiem. Dlaczego? Bo zacząłem uważnie wsłuchiwać się w swój organizm i wychodzić poza strefy komfortu, ale... w tym w czym byłem po prostu słaby. Eureka! Do tego żadnych niekontrolowanych zmian butów, latam w grubaśnych, dobrze amortyzowanych, trailowych Hokach (model Rapa Nui 2S, drop 8 mm, zastąpił go Speedgoat). Trenuję tu i teraz, liczy się tylko ten jeden, jedyny trening, nie myślę o następnym tygodniu, o żadnym celu, łamaniu życiówki, choć pod nią dobieram i stosuję obciążenia. Trenuję z głową, choć bez głowy. Lepiej za późno, niż wcale...



Za mną pierwszy tydzień regularnego trenowania. Jakie to miłe! Ale nie podpalam się i trzymam swoją ułańską fantazję i sportową dzikość na kontrolowanej uwięzi. Zacząłem doceniać potencjał wypracowany sportem przez 30 minionych lat. I przez kilka miesięcy znikomej aktywności biegowej poprawiłem się na drążkach, wzmocniłem korpus, odkryłem mięśnie głębokie tu i tam. Okazało się, że sport rekreacyjny przynosi efekty. Trochę sobie nawet przytyłem na zimę, więc jest mi... cieplej. Do tego włączam rower, orbitrek, basen, żeby oszczędzać nogi. Czas na eksperyment. Dwa miesiące zasuwania i rachu ciachu. Zwyczajnie potrzebuję takiego impulsu do naprawy. Znów ta zadaniowość - jak zrobię to, to zasłużę na tamto. Poza tym to chyba forma bata i wewnętrznego układu - inaczej będę dalej odwlekał. W sumie moja operacja kolana urasta do rangi nagrody. I dobrze, hahaha.

Pierwszy tydzień to mikstura lekkiego biegania z dynamicznymi przebieżkami, obwodów na plenerowym workaucie, stretchingu, stabilizacji i wzmacniania mięśni przysiadami, wykrokami, skipami. Wczoraj mix tempowy, najszybszy kilometr w 4:15 (zapomniałem już, że można tak szybko biegać), ale potworna ślizgawka w lesie. Dziś dwa treningi, poranny - 8 km swobodnego biegu + ogólnorozwojówka + domowy stretching. Po pracy czeka mnie domowy gym break, six pack i leg&butt workout (z sieci, Kasia Kępka i Szymon Gaś), w sumie 45-50 minut z rozgrzewką i schłodzeniem. Chcę każdy trening zamknąć w 45-60 minut.

Nie wykluczam jednak, że rzucę to wszystko w diabły, albo to przekroczy moje zdrowotne możliwości. Dlatego wsłuchuję się w moje ciało i spieszę się powoli. Tu i teraz, czego zawsze mi brakowało. Hough!

sobota, 26 marca 2016

WIRUS I WANILIA!



Wirus mnie chyba nadal nie opuścił, wierne bydlę. Ciągle pochrząkuję, coś mnie swędzi w gardle i czuję lekką niemoc. Albo zaczyna miażdżyć przesilenie. Od kiedy pamiętam mój organizm kiepsko reagował na wiosenne pogodowe wariacje. Deszcz - bez problemu, ale nagły atak słońca przy chłodnym wietrze bardziej zwalał mnie z nóg niż wzmacniał w biegu. A może po prostu nie wyleczyłem wirusa jak należy.

Wtorkowa dyszka, w środę mocniejsza czternastka i w czwartek w pełnym słońcu znów wymęczone 10km - to bilans, który nie powala, ale znów cieszy regularność. Do tego mocna praca nad brzuchem, stabilizacją i siłą ramion. No i przyjazd magazynu ULTRA. W piątek po 3km walki w biegu, jednak postawiłem na drążki. Tulcia była lekko zdziwiona, ale potem z radością wałęsała się bezkarnie na łące, a ja znów zmierzyłem się z podciąganiem. Zawiesiłem ostatnio i moc opadła jak i ja z drążka. Wycisnąłem z siebie 35 podciągnięć podchwytem w pięciu seriach. Średnia 7 sztuk, bez wstydu. Pomiędzy nimi dwuminutowe przerwy z ćwiczeniami na brzuch na ławeczce. Dbam jednak o jakość podciągania - spięte pośladki, naprężony brzuch, prosta sylwetka, żadnego machania tułowiem czy kulasami. Spokojny ruch w dół, też działa.



A do tego serie przysiadów, wykroków pod biegaczy i podciągania na drążku nachwytem z sylwetką ciała ułożoną ukośnie i piętami wbitymi w podłoże. Ogólnie więc trening, który na pewno się przyda. Do tego stabilizacje. Dla odmiany dziś leje jak z cebra. Poranek jednak zarezerwowany na przygotowanie sera do paschy. Cały dom pachnie wanilią. Cudnie!



Dwa litry tłustego mleka, 6 jaj, pół litra kwaśnej śmietany 18% i laska wanilii. Tyle potrzeba. Mleko z rozciętą wanilią należy doprowadzić do wrzenia, jaja połączyć trzepaczką razem ze śmietaną i dolać tę masę do gorącego mleka. Na wolnym gazie / prądzie niech poperkocze ze dwie godzinki i powstanie biały twaróg. czasem warto skrobnąć po dnie, żeby nie przywierało. No i zostanie serwatka dla ambitnych. Sito, gaza, odcedzanie i ser czeka do wieczora. Potem już tylko masło, cukier puder, namoczone w herbacie earl grey daktyle, morele i figi suszone i rano pascha będzie pięknie zdobić Wielkanocny stół. A bezcenny zapach wypełnił całe mieszkanie. Wielkanoc się zbliża. Spokojnych Świąt.

Uwielbiam zapach wanilii o poranku! Potem się pobiega. Górka Kazoorka nie zając, nie ucieknie.

Środa, 23/03 - 14km, 12km poniżej 4:30, 2km trucht + siła z piłką lekarską i brzuszki.
Czwartek, 24/03 - 10km + PBG z piłką lekarską 5kg. Rozciąganie.
Piątek, 25/03 - 3km + rozgrzewka dynamiczna + podciąganie, przysiady, wykroki, nachwyt, stabilizacje, brzuszki.

Hough! Rosół

wtorek, 22 marca 2016

BEZBIEG, POWRÓT, WALKA!

A miało być tak pięknie... Po najlepszym tygodniu niemal od razu przyszła wirusowa fala tsunami, która zwaliła mnie z nóg. Nawarstwiło się wszystko do kupy, wsparło parszywie kiepską pogodą i organizm pękł. Sześć dni bezbiegu - celowo piszę to jako jedno słowo. Bezbieg to mój termin, który tłumaczy wszystko. Zero ruchu i choroba w jednym.



Trzeba wracać. Ale z umiarem, wyczuciem i nie na huuurrraaa, bo wirus lubi być wierny, choć ja tego od niego wcale nie oczekuję. Wstrzymywałem się dwa dodatkowe dni, żeby nie wystartować przedwcześnie. Korciło mnie w niedzielę, przyduszało w poniedziałek, ale przeczekałem do wtorkowego brzasku. Szkoda, że nie wyłapałem sygnałów przed tygodniem. Ze dwa razy przemknęła mi przez głowę myśl, żeby podmienić trening, ale poszedłem, ba, poleciałem po bandzie. Aż na łopatki.

W miniony wtorek nagrywałem o poranku zdjęcia do programu biegowego. Było nieprzyjemnie zimno, resztki mokrego śniegu, chłodny, wilgotny powiew przeszywał ciało. Postanowiłem ruszyć z kopyta od razu na ostry trening. I właśnie wtedy mignął pomysł, żeby polecieć spokojnie, a w środę trzasnąć drugi zakres. Po kilku kilometrach biegu jak na szczudłach, na rozgrzewających się powoli nogach, druga moment zawahania. Ale mimo przemarzniętych mięśni i stawów, tempo było naprawdę niezłe. Tulka nadawała ton naszej przebieżce. I tak wyszło w sumie 16km, z czego dwunastka naprawdę dziarsko.

Jednak wieczorem, a przede wszystkim w nocy, zaczął się mały koszmar. Wirus zaatakował mięśnie, odcinek lędźwiowy kręgosłupa i klasycznie gardło oraz nochal. Następne dni to była gehenna. Niestety złączona nierozłącznie podróżą na mecz Ligi Europy do Manchesteru. W piątek w hotelu pojawił się jakby przebłysk poprawy, ale prawie 9-godzinna podróż powrotna z przesiadką w Brukseli zmiotła mnie ponownie. Sobota to była męczarnia. Wyjście na krótki spacer z Psiną, Znajomym i Dzieciakami na sprzątanie Kazoorki, zakończył się miazgą, siódmymi potami, wyżymaniem podkoszulki, bluzy, dresu. Raptem kwadrans spokojnego marszu i schylania się po dziesiątki butelek i innego syfu.



Niby tylko 120 metrów w dół, ale 120-litrowy wór zapełnił się szkłami, butelkami wszelkiego sortu i innym badziewiem w okamgnieniu. Napisałem dzisiaj maila do Gminy Ursynów, od razu do samego Burmistrza. Zachęcam Sąsiadów, ale wsparcie miejskie w każdym zakresie na pewno się przyda!

Wtorek, 22/03 - spokojne 10km + PBG (pompki, brzuszki, grzbiety) - 4 serie!

Hough! Rosół
 #runtrailnotrash #cleancity #MonteKazura

poniedziałek, 14 marca 2016

PRAWIE STÓWKA!

To był najlepszy biegowy tydzień od dawna. Rodzinny, pracowity, biegowy, kolorowy!



Ma to jednak swoje skutki uboczne, bo nałożenie się zmęczenia fizycznego i codzienności to mieszanka, który prowadzi albo ku doskonałości, albo destrukcji. Wczoraj nogi miałem do wymiany. Bo po leśnym półmaratonie przyszło pieczenie tart, ciastek i innych smakołyków na urodzinową imprezkę Marysi. A na niej dalej stójka, serwowanie kawek, nalewanie dzieciakom picia i takie atrakcje. Potem sprzątanie i porządki po powrocie do domu. Ten dzień trwał tydzień. Uff. Był nieskończenie piękny. I wyczerpujący.

Spałem jak zabity. Odsypiałem cały tydzień. Wyjazdy, komentowane mecze, czytane i pisane teksty, obowiązki domowe, no i treningi. Pewnie, że się nie da, ale wstałem wypoczęty. Poranny spacer z Tulką zatrzymał mnie twarzą w twarz ze wstającym słońcem. Uwielbiam taką pogodę. Mroźne, rześkie powietrze i słoneczne ciepło. Najczystsza energia, doładowanie baterii.

W sobotę zasłużyłem na dzień wolny po dziewięciu jednostkach treningowych z rzędu (2 razy po 2 treningi). Pewnie też dlatego niedzielne wybieganie o brzasku zaczęło się od przebijania głową przez mur niemocy. Po 2km było już trochę lżej, a po pięciu całkiem miło. Dyszka w tempie 4:45 minęła nam błyskawicznie. Przyszedł, a właściwie przybiegł, czas na przyspieszenie. Kolejna dycha po 4:25. Niestety, spieszyło mi się, więc tempo kręciło się koło 4:15-4:20. Dobra, przyznam się - nawet szybciej. Zdjęcie Tulki, mojego psa-zająca robiłem w połowie szybkiej części biegu. Niewyraźne.



Mój świt kurczył się w okamgnieniu, dlatego skróciłem trening o 3km (miało być 24km). Po szybkiej 9-tce, dołożyłem 2km biegu po 4:45 i jako półmaratończyk wbiegłem pod prysznic. I dopiero wtedy zaczęła się prawdziwa robota. Tulka dostała dużą porcję jedzonka i mogła byczyć się do wieczora. Wyspała się też za mnie. Dziś czeka mnie, znaczy nas, wolne człapanie 15km. I tu jest problem, bo coraz częściej łapię się na tym, że pomijam tempo regeneracyjne. Biegnę za szybko. A tu naprawdę trzeba z nogi na nogę koło 4:50-5:10 min. na km. Celuję więc w piątkę!

W minionym tygodniu wyszła prawie stówka. Więcej nie potrzeba. Ważne były tempa treningowych biegów. Coraz większy komfort przy przyspieszaniu. Płuca, serducho i mięśnie radzą sobie z wyzwaniem coraz lepiej. Zaliczam postęp. Kolano pobolewa, Achillesy dają radę. Uwielbiam podwójne zajęcie dziennie. To taka namiastka wyjazdu na zgrupowanie, gdy dwa treningi były normą. Mam takie dwa dni w tym tygodniu. Ale też wyjazd do Manchesteru. Znów trzeba wszystko jakoś zgrabnie pogodzić.

Piątek, 11/03 - 17km i rozciąganie.
Sobota, 12/03 - wolne!
Niedziela, 13/03 - 10km po 4:45 + 9km po 4:15-4:20 + 2km po 4:45.

Hough! Rosół


czwartek, 10 marca 2016

PIES ZAJĄC!



Słowo nie dym. Wór butelek i szkieł zebrany. Pewnie pierwszy z setek, które trzeba będzie dźwignąć, ale cała akcja na Kazoorce trwała 5 minut. U podnóża Góry Trzech Szczytów ustawiony jest zasobnik na szkło, może uda się jakoś wychować śmiecących, żeby pofatygowali się ze szkłem na dół. Tak blisko, tak daleko. Dziś kolejny wyskok na szczyt, żeby zebrać następną partię syfu.


Ale bohaterką moich ostatnich dni, zwłaszcza czwartkowego treningu, została Tulka. Mój PIes-Zając. Z takim pacemakerem to można kręcić dobre czasy. Oto Tulka po szybkim treningu:



Nie wygląda na zmęczoną, raczej zawiedzioną, że tak krótko, skoro w środę było 20km (na raty). Tulka czuje bluesa i zazwyczaj leci przede mną. Idealnie, jakieś 10 metrów. Pozwala wbić wzrok w swój ogon i ciągnie mnie żwawo po leśnych, długich prostych. Mamy swój wypracowany schemat treningu. Najpierw rozgrzewka po okolicznych polach i otulinie lasu - jakieś 3km. Wtedy Tulka załatwia wszystkie swoje grubsze potrzeby, a w lesie tylko zaznacza teren i pilnuje założonego tempa. Wczoraj były momenty, że odrywała od ziemi cztery łapki, bo zazwyczaj drepce w konwersacyjnym tempie. No, bo trochę ze sobą gadamy podczas biegu.

Zaraz ruszamy na spokojne wybieganie. Celujemy w 17km po 4:45. A po nim jazda do Gliwic na mecz Piast - Podbeskidzie. Jutro albo dwunastka z przebieżkami, albo należne wolne. W niedzielę czeka mocne 24km. Ważne, że chce się biegać. Tulcia, gotowa? (puściła oko i macha ogonem).

Wybiła 6:30. Dziewczyny smacznie śpią, trzeba ruszać. Pada. Miłego treningu Wam życzymy!

Środa, 8 marca - I trening: 12km + rozciąganie, II trening: ok. 8km + pompki i rozciąganie. No i zbiórka butelek na Kazoorce.
Czwartek, 9 marca - 2km rozgrzewki + 10km po 4:05/km + 2km truchtu = 14km.

Hough! Rosół i Tulka

wtorek, 8 marca 2016

TRZY SZCZYTY CEBULACTWA!



W naszym magazynie "ULTRA. Dalej niż maraton" prowadzimy akcję Biegam ultra, nie śmiecę (#runultranotrash). Promujemy wśród biegaczy dbałość o szlak, trasę, las, które pokonują podczas zawodów. Gdy towarzysko przemierzałem w czerwcu ubiegłego roku tatrzański Bieg Marduły, zebrałem 3 plecaki plastikowych butelek, opakowań po żelach, papierków po wszelakim turbodoładowaniu. A wszystko w lekkim biegu i w oczekiwaniu na kolegów, bo przyjechałem w Tatry w nocy i chciałem zrobić im niespodziankę na szlaku. Zaskoczyło mnie to bałaganiarstwo, stąd walka o czystość podczas biegania. Budujemy świadomość, nikogo po łapach bić nie będziemy. Odzew jest bardzo pozytywny. Liczymy na to, że Ultrasi będą śmiało zwracać uwagę śmiecącym albo sami podniosą co trzeba, skoro innym brakuje kultury. Zmęczenie i zakup pakietu startowego nie dają prawa do śmiecenia.



Mieszkam w Warszawie, gdzie syf widać na każdym kroku. Łażę z psem i zbieram papierzyska albo butelki. Korona mi z głowy nie spada, bo jej nie mam. Obok mojego bloczyska wyrosła kilka dekad temu Górka Kazoorka (Trzech Szczytów), teren zmagań podczas zawodów Monte Kazury. Dziś znów zrezygnowałem z zabrania Tulki na wspólne bieganie po Kazoorce. Powód zawsze ten sam. Czy lato, czy zima, na grzbiecie i miniaturowych stokach wala się mnóstwo szkieł z pobitych butelek po piwie i winie. Szczyt cebulactwa polega na tym, że na dole wokół osiedlowego pasma górskiego rozstawionych jest kilkanaście śmietników. Ale rzucić za plecy i rozbić łatwiej. Szkoda mi opon freestyle'owych rowerów, które na szczycie mają swój muldowy tor. No i oczywiście dziecięcych dłoni i psich łap. Stąd mój trening był dzisiaj podzielony na rozgrzewkę w towarzystwie Tulki i samotną szarżę na cross po Kazoorce.



Maryśka chora, więc później pójdę z worem i pozbieram szkło. Raptem 200 metrów "obciachu". Pisałem kiedyś do Gminy o ustawienie koszy na szczycie góry albo wbicie tabliczek z przypomnieniem, żeby po sobie sprzątać, ale moja prośba przepadła widocznie w spamie. Shit happens, więc trzeba walczyć po swojemu.

Sam trening był bardzo wymagający. Wyspane nogi szybko weszły na wysokie obroty, mięśnie ostro paliły na stromych podbiegach i solidnie dostawały w kość na zbiegach. Niby tylko 25 minut roboty, niby jakieś 5km, ale serducho rześko podskakiwało na muldach. Na koniec dwukilometrowy masaż w truchcie i rzetelna seria wymachów nogami przy ogrodzeniu, przyniosły ukojenie. Zmęczenie zaczyna się nawarstwiać. A to znak, że praca wre. I tego się trzymam!

Wtorek, 8/03 - 5km rozgrzewki w tempie 4:45 + ogólnorozwojówka + 2x120m przebieżki + 25min. cross + 2km trucht. Suma = 12km.

Hough! Rosół

poniedziałek, 7 marca 2016

MARATON NA ZDROWIE!

Hahaha, tytuł wpadł mi w oko jak odkurzyłem login do mojego bloga. Ten z ostatniego wpisu pasuje jak ulał. Będzie maraton, może nawet zdrowia trochę się znajdzie. Na razie jest próba wbicia się w codzienny plan biegowy. Po cichutku, na paluszkach, przez uchylone drzwi. Ale oczywiście szykuje się gimnastyka logistyczna w połowie maja. Piłka i bieganie - trzeba będzie zgrabnie połączyć dwa żywioły. Na razie jednak chcę odszukać w sobie i wypielęgnować to bezcenne uczucie niewymuszonego "obowiązku" biegania. Realizowania codziennego planu w bezszelestnym lesie, który za chwilę wybuchnie wiosenną świeżością. Poddania się z uśmiechem tej myśli przed snem, że jutro o brzasku czas na określony trening. Tego w tej chwili szukam, bo rok temu zgubiłem.



Mam prawie wszystko - cel, plan, pękniętą łękotkę, która nadal się trzyma i dość prosto biega, Achillesy pod względną kontrolą, wytyczony cel. Mam świadomość i cierpliwość. Nic tylko powalczyć. Mam też świetnego kompana, moją Psinę, która dzielnie wspiera mnie od kilku tygodni w regularnych treningach. Prawdziwy Pies Zając, pozwala długimi fragmentami trasy, wbić wzrok w jej ogon i lecieć w założonym tempie. Mój trener-kumpel Mariusz Giżyński przysłał mi wraz z planem na poprzedni tydzień fajną słowa:

"Zasuwamy! Od tej pory aż do maratonu kolega to dla ciebie osoba, która wsiądzie na rower i poda ci wodę na trudnym treningu, osłoni cię od wiatru na długim, wyczerpującym wybieganiu."

Może nawet obejdzie się bez supportu, bo przecież zaraz zrobi się na tyle ciepło, że woda rzucona w krzaki, nie zrobi się od razu lodowata. Zamieniam się znów z radością w amatorskiego zawodowca. Ale czuję nadbagaż, który muszę rozpakować po drodze. Klawe jest to, że jedyną osobą, której muszą i chcę coś udowodnić, jest ten kędzior, którego widzę w lustrze.  A jeśli mi się nie uda, bo wygra niemoc i brak chęci albo bóle nóg czy istnienia, to wrócę do swojej bardzo przyjemnej rekreacyjnej aktywności. Ale na razie czas na królewskie wyzwanie tej wiosny.

Odżywki nabyte. Waga lekko poleciała w dół. Dopiero przy szybkim bieganiu ta strata trzech kilogramów jest naprawdę odczuwalna. Wcześniej ten balast nie miał znaczenia. Zgłodniałem, przypuszczam kontrolowany szturm na lodówkę. Miłego tygodnia!

Sobota, 5/03 - pierwszy trening: 10km < 42:30 + 2km trucht. Drugi trening: 8km + 5x200m + 1km trucht. Mocno brzuch i deska klasyczna.
Niedziela, 6/03 - 17km po ok. 4:35. Długie rozciąganie.
Poniedziałek 7/03 - 15km po 4:50, swobodnie, regeneracyjnie. Po południu drążki i solanka.

Hough! Rosół

poniedziałek, 5 października 2015

MARATON NA ZDROWIE!



"Cholera, czuję się jak stary rzęch. Zżera mnie chyba korozja" - pomyślałem ponad dwa miesiące temu, gdy ze łzami w oczach od bólu Achillesów zjechałem z lasu na warsztat, czyli do domu. Po 10. kilometrze wiedziałem, że jak stanę, to będę potrzebował holownika. Nadszedł moment, w którym poddałem się i zawiesiłem do odwołania swoją (nie)sportową zasadę: "Albo ból, albo ja". Towarzyszyła mi ona od zawsze. No i zacząłem się zastanawiać, czym jest dla mnie zawsze.

Gdy miałem niespełna 10 lat zacząłem treningi piłkarskie. Wcześniej równo i miarowo obijałem piłkami porwane siatki na osiedlowych boiskach, blokowe ściany, pnie drzew i drzwi do klasy służące za bramki, kaloryfer za firanką w moim pokoju, ławki w parku. Wszystko mogło być celem, bramką, golem, zwycięstwem. Omijały mnie poważne kontuzje, ale świadomość wyniszczania organizmu codziennymi treningami, stawała się bolesną prawdą. Dziś gdy zrobiłem sportowy rachunek sumienia, gdy łupie mnie bark, naparza pęknięta łękotka i przeciążone Achillesy, rozumiem ten ból. Nawarstwił się latami, nie w dwa tygodnie. Zżyłem się z nim. Stał się towarzyszem niedoli, który biegł ze mną stopa w stopę, uśmiech w uśmiech, ramię w ramię na każdym treningu leśnym, na zawodach górskich i ulicznych. Rzadko o nim mówiłem, po prostu planowo miał minąć na trzecim czy piątym kilometrze. Bywały dni, że nie odchodził wcale. A każdego ranka, gdy na sztywnych szkitach kuśtykałem do kibelka, moja Żona z przekąsem mówiła: "Sztywne Achillesiki? Może jakiś maratonik?". No i dawałem radę aż do pewnego lipcowego poranka, gdy ból okazał się silniejszy.

Nigdy w sporcie zespołowym, a potem z przyzwyczajenia także w tym moim amatorskim indywidualnym, nie dbałem nadmiernie o siebie. Rzadko odwiedzałem masażystów, gabinety odnowy biologicznej, sporadycznie łykałem suplementy. Pomyliłem ignorowanie z ignorancją, jak ostatnio podczas komentowania meczu Premier League;) Dbałem na pewno o zdrowe odżywianie. Czasem robiłem solankę, bo była najszybsza i najprostsza. Brakowało świadomości, wcale nie bata nad tyłkiem. Ale skoro nic nie szkodziło, nie zrywało się, nie pękało, to i czujność spadała poniżej normy. Zadowalałem się krótkim rozciąganiem, wspomnianą solanką i dopisującym zdrowiem. Przez minione dwa miesiące od zjazdu na warsztat, zmieniam przyzwyczajenia. Ale nie na hura, nie zmieniłem się w hipochondryka. Krok po kroku. Odpocząłem od biegania i wcale mi go nie brakowało. Na co dzień przecież biegania w moim życiu jest pod dostatkiem: kingrunner.com, czasopismo Ultra, program "O co biega?", planszówka "Kingrunner. Wygraj maraton", expo w Warszawie, targi w Krynicy, kibicowanie na biegach, pomaganie w układaniu planów znajomym, prowadzenie zawodów dla dzieciaków czy strefy mety na Stadionie Narodowym. Mało?! Nic nie dzieje się bez powodu. gdybym biegał, pewnie nie miałbym na to czasu, chęci, sił. A tak mam. I nadal jestem częścią mojej ukochanej biegowej całości. Wczoraj przez godzinę biłem brawo uczestnikom Biegnij Warszawo. Wzmocniłem dłonie na drążki:)

Co dwa, trzy dni robię lekkie, krótkie przebieżki na osiedlowe drążki przy mojej ukochanej górce Kazoorce. W 2012 roku w ramach postanowień noworocznych napisałem, że czas nauczyć się podciągać. W biegu kupiłem drążek, zawiesiłem na parkingu podziemnym i... słomiany zapał minął. Ale teraz zawziąłem się na całego. Stąd łupanie w barku, nadwyrężyłem jakieś włókna mięśniowe. Ale przez ponad dwa miesiące uwierzyłem, że postęp dotyczy każdego, nawet takiego słabiaka jak ja. Wstyd się przyznać, ale nie umiałem się podciągać. Nie miałem sił. by dźwignąć swoje mocne i ciężkie nogi i cztery litery do góry. Teraz robię po 5 serii, ile mogę, z przerwą 90 sekund pomiędzy nimi. Do tego ćwiczenia, które nie bolą moich Achillesów: przysiady, wykroki, burpeesy, stabilizacje i inne tego typu. Uwielbiam te plenerowe siłownia, bo każdy ćwiczy we własnym rytmie i na miarę własnych możliwości. Jak z bieganiem.

Wdrażam plan reaktywacji i przede wszystkim regeneracji mojego wysłużonego organizmu. Postanowiłem pobiegać dla zdrowia, co rzadko mi się przez prawie 3 ostatnie dekady zdarzało. Zawsze była rywalizacja, teraz ma być pełna radość. Moich znajomych dziwi maraton bez mojego udziału, ale w tym roku przebiegłem przecież trzy i to w miesiąc. Tym akurat nie ma się co chwalić, bo nie było to ani heroiczne, ani rozważne. Dzisiaj zacząłem nowy tydzień od leśnej dyszki. Po miękkim podłożu. Zamówiłem nowe buty, które mogą ulżyć Achillesom (czekam na nie), zapisałem się na fizjoterapię, codziennie rozciągam ścięgna i robię ekscentrykę i wcierki. Ale to codziennie trwa za krótko, raptem parę dni. A to ma być początek długiej drogi. Mój nowy maraton w drodze do kolejnego maratonu. Na zdrowie! Hough!

wtorek, 19 maja 2015

MARATOŃSKI MIESIĄC!



fot. Alicja Niemiec

Trzy maratony w ciągu miesiąca miały przynieść nową życiówkę. Nie przyniosły. Pierwsze dwa z założenia, bo biegłem treningowo, ale trzeci wieńczący dzieło wyścig z czasem również nie. To jednak nie moja droga. Wytrzymałości mam naturalnie pod dostatkiem, ale z szybkością jestem i zawsze byłem naturalnie na bakier. Jako wolnoobrotowy diesel potrzebuję doładowania. Nucenie pod nosem ukochanej piosenki mojej Córki: „Mam tę moc” to nie była na trasie maratonu w Gdańsku moja bajka. Mocy zabrakło.

Całe zimowo – wiosenne przygotowania były nieposkładane, poszatkowane wyjazdami i infekcjami. Sporo wirusów i bakterii przykleiło się do mnie tej zimy. Jak już wskakiwałem na wyższe obroty, to musiałem zaciągać hamulec ręczny. Przesuwałem start w maratonie palcem po mapie i w kalendarzu. Z Dębna do Warszawy, a potem do Gdańska, gdzie opłaciłem wpisowe jako jeden z pierwszych. Nadmorski bieg zaklepałem asekuracyjnie, a okazało się, że musiałem nastawić się na niego jak na start docelowy. I tak się nastawiłem. Ale pokpiłem pracę nad jakością. Bałem się, że zabraknie mi kilometrażu w nogach. Błąd. Niedziela po niedzieli wyklepałem dwa dystanse królewskie z rzędu w Łodzi i Warszawie, nieznacznie przyspieszając (3:28 Łódź, 3:22 Warszawa). O ile po pierwszym czułem się dobrze i podtrzymałem regularność treningów, to drugi maraton odbił się na formie. Musiałem zwolnić, odpocząć, uciekł tydzień, który w założeniu miał być rzetelną pracą nad poprawą szybkości. Wiadomą rzeczą jest, że nie trzeba przebiec na treningu dystansu maratonu, żeby w zawodach go pokonać. Ja jednak podjąłem takie ryzyko, ale odczułem na własnej skórze, że wybieganie powyżej 35 kilometrów w końcu wychodzą bokiem. Niby to tylko 7 kilometrów więcej, raptem kilkadziesiąt minut, a jednak ma wielkie znaczenie.

Do życiówki w 2013 roku popchnęły mnie wymagające biegi zmienne, interwały, a w nich przede wszystkim sprawnie biegane dwójki, trójki i czwórki, ponadto mocne biegi w drugim zakresie. Ratowałem się w tych przygotowaniach podbiegami, zrywałem się do szybszego lotu raz po raz, przyspieszyłem w ostatnich dwóch tygodniach, ale było za późno. O tym boleśnie przekonałem się w pełnym biegu. Wystarczyło mi pary do półmetka. Do 30. kilometra miałem jeszcze nikłe szanse na złamanie trzech godzin, ale z każdym krokiem oddalały się one ode mnie. Aż uciekły na 7 minut i 3 sekundy. W Gdańsku nie mogłem przebić się dodatkowo przez mocny wiatr, który był moim towarzyszem niedoli, ale zrzucanie winy na pogodę mija się z prawdą. Gdybym był mocny i szybki to przetrwałbym, przecinał ostre podmuchy i mknął dalej. A powstrzymywały mnie one jak dziecko.

Najważniejsze, że nie stanąłem ani razu, choć po 32. kilometrze korciło, żeby przespacerować się kilkadziesiąt metrów. Morska bryza na tym odcinku kusiła skręceniem na plażę i rzuceniem się na piasek. Szukałem pretekstu, ale nie chciało mi się nawet siku, a to przecież jest alibi nie do pogardzenia. Bolały nogi, ale co to za wymówka. Kogo nie bolą? Przecież o to w tym biega. Przynajmniej od 25. kilometra dokręciłem materiału do programu „O co biega?” z poręcznej kamerki, którą wcześniej porzuciłem u kolegi operatora. Klęska to część pięknej biegowej historii każdego z nas, więc nie ma się czego wstydzić. Nikt mi nogi nie podstawił. Zagrałem świadomie odważnie i nie dałem rady. Łudziłem się, że dźwignę ten maraton wybieganymi kilometrami, chwilą świeżości przed i dość mocną głową. Przeliczyłem się. Jedno wiem na pewno – znów poznałem siebie trochę lepiej dzięki bieganiu.

 fot. Mateusz Skuza

Trasa I PZU Maratonu Gdańskiego była bardzo ciekawa. Wiodła przez Europejskie Centrum Solidarności i to dosłownie, potem Starówkę, pod Fontanną Neptuna, przez długie gdańskie arterie,  Park Nadmorski i wreszcie wokół głównego boiska Lechii na PGE Arenie, gdzie dwa dni wcześniej komentowałem świetny mecz piłkarzy Jerzego Brzęczka z Wisłą Kraków. Nim jednak dotarłem na zlokalizowany na stadionie 41. kilometr, przeżywałem katusze mijając go w całej okazałości na wiadukcie. A to było dopiero na 34 kilometrze. Czekała mnie i nas uczestników nieznośna dokrętka, więc zanuciłem do kamerki z przekąsem popularny szlagier z dzieciństwa: „Bursztynek, bursztynek, znalazłem go na plaży”. Ale stadion przybliżył się w końcu. Przebieżka wokół boiska dodała skrzydeł, świeciło słoneczko, nie wiało. Ale potem znów melodyjnie zaszumiały w głowie szanty i Klenczonowe „10 w skali Beauforta”. Głowę trzeba czymś zajmować przez kilka godzin przebierania nogami, zwłaszcza podczas zmagań z kryzysami. Naiwne to, ale pomaga.

Finisz na Amber Expo to bardzo dobre rozwiązanie. Zresztą podobnie jest w Łodzi. Meta w hali widowiskowej, wszystko pod ręką i co najważniejsze pod dachem. Szatnie, prysznice, masaże, dekoracja, trybuny, kibice, przyjaciele, stoiska sportowe, biegacze – wszędzie blisko, wszystko pod ręką. Ciekawy, oryginalny medal z Neptunem ściskającym trójząb. Dobra zabawa dla niemal 2 tysięcy uczestników. Warto dostrzec też amatorski wymiar tej imprezy. Zabrakło na starcie wielkich nazwisk, konkurencyjnych grupek zawodowców, czas zwycięzcy nie był z kosmosu, zakręcił się w okolicach 2:37. Udana impreza w Gdańsku, zapraszam na relację do najbliższego odcinka „O co biega?” już w środowy wieczór 27 maja.

Nie ma tego złego z tymi moimi maratonami, bowiem za kilkanaście dni start w Rzeźniku Ultra. Piękna wyprawa przez Bieszczady, dystans bagatela 135. kilometrów, czas na ukończenie biegu jedna doba. Klasyczny Bieg Rzeźnika w parach na 80 kilometrów odbędzie się tradycyjnie po Bożym Ciele, czyli niecały tydzień później. Start nowego rzeźnickiego ultra zaplanowany jest o godzinie 22:00. Noc do przebiegnięcia i wspinaczki na dzień dobry i cały dzień na do widzenia w drodze. Jednak na coś nadadzą się te trzy maratony, nawet bez życiówki. Wytrzymałość będzie w górach w cenie, a prędkości znacznie niższe. Dlatego leczę nogi, które wymagają naprawy. Wczoraj zrobiłem dodatkowo usg bolącego kolana, łękotka uszkodzona przed laty, zaczęła dokuczać. Ponadto pojawiły się jakieś niezidentyfikowane obiekty latające w jej okolicy, dlatego trzeba będzie poprawić badanie rezonansem. Na razie myślę do przodu, choć chodzę do tyłu. Niebawem bieszczadzka Rzeź. Hough! Rosół

poniedziałek, 11 maja 2015

POGODA DUCHA!



Został tylko tydzień. Zwariowane to były przygotowania do maratonu, którego termin przesuwałem na mapie i w kalendarzu. Życiówka miała zostać zaatakowana moimi nogami najpierw w Dębnie, potem w Warszawie, wreszcie czas na Gdańsk. Gdy spotkałem podczas OWM Jerzego Skarżyńskiego i chwilę pogadaliśmy, pierwsza jego reakcja na wiadomość o zawodach nad Bałtykiem: "Cholera, ciepło będzie."

Uwielbiam te biegowe dyskusje i obawy. Ale jakoś ten potencjalny skwar mam gdzieś. Pogoda to przygoda. Przebiegłem dwa maratony w tydzień - w Łodzi i Warszawie w tempie dla mnie konwersacyjnym. Przygotowałem głowę, której nie chcę zaprzątać sprawami ode mnie niezależnymi. Dystans królewski rozłożyłem na czynniki pierwsze. Jadę do Gdańska w piątek, komentuję mecz, sobotę spędzam na miejscu, w niedzielę lecę i nagrywam materiał do biegowego programu. Strategicznie i logistycznie jestem przygotowany. Ale czy fizycznie? Tego właśnie kruca bomba nie wiem. Paradoks. Gdy byłem świetnie wytrenowany, brakowało planowania i czasu. Wszystko wtedy robiłem po łebkach. Teraz wszystko jest poukładane, ale forma wielką niewiadomą.

Listopad i grudzień po kilku miesiącach wewnętrznej szarpaniny miałem mocne. Wbrew maratońskiej logice, ale co poradzę na to, że wtedy właśnie ustąpił kryzys. Styczeń mieszany, oparty raczej na dłuższym, wolniejszym bieganiu i domowych ćwiczeniach siły ogólnej. Luty poszatkowany chorobami. Marzec też pod znakiem wiernej i wrednej zarazem infekcji, która wyhamowywała mój impet. Wreszcie decyzje o przesunięciach z pierwszego akapitu. Maratony w Łodzi i Warszawie zaliczyłem z kamerką w dłoni, w czasie 3:28 i 3:22. Na starcie drugiego przy Stadionie Narodowym miałem zmęczone nogi, dlatego, że przed Łodzią i Warszawą naprawdę solidnie trenowałem. Jednak start w dwóch maratonach traktowanych przeze mnie jako bardzo długie wybiegania, odbił się na samopoczuciu. Za długie były to jednak treningi, żeby nie odczuć ich w kolejnym tygodniu na własnej skórze. Jeszcze w czwartek niosło mnie zgrabnie i lekko, ale od piątku zaczął się kryzys. W sobotę trochę biegania na siłę po górce Kazoorce i rower, ale w niedzielę znów dół. W poniedziałek dodatkowo zarwana noc z kaszlącą Córeczką u boku. Wreszcie we wtorek powrót do działania. Znienacka,

Test możliwości wypadł zaskakująco dobrze. Bieg w tempie 3:55 na kilometr nie bolał tak mocno. Wróciły moce i chęci. W czwartek wybieganie i podbiegi, żeby złapać więcej mocy. W niedzielę ostatni mocny akcent. Rozgrzewka 3km, ogólnorozwojówka, 4 x 1000m po 3:40, 2 x 2km po 7:30 i na koniec 1200 metrów w 4:00. Pomiędzy interwałami bieg w czasie 4:50. Na koniec 2km schłodzenia. Pękły dwie dyszki. Nogi były lekkie, musiałem się hamować, bo kusiło, żeby docisnąć mocniej. Rozsądek zwyciężył. To też nowe doświadczenie i odczucie. Postanowiłem zostać mistrzem w zawodach, nie na treningu.

Od rana zastanawiam się jak rozegrać ten tydzień treningowo. Plan podróży wytyczony. Dietę tym razem odstawiam. Wcześniej przed startami odcinałem węglowodany do środy włącznie, nawet do czwartkowego świtu, a dopiero po lekkich 10 km rano, wcinałem z apetytem maratońskie śniadanie ładowałem węglowodany. Przez cztery dni codziennie na śniadanie zjadam dwie bułeczki z masłem i dżemem / miodem, kawa, herbata, banan. Organizm przyzwyczaja się do smaków i produktów, żeby uniknąć rewolucji. Zmiana proporcji z tłuszczów na węgle napycha mięśnie glikogenem. Ta dieta nie działała na mnie źle, więc uważałem, że warto ją stosować. Tym razem zwiększę po prostu od czwartku spożycie makaronów, kasz i naleśników, ale z umiarem, żeby za mocno nie przybrać na wadze. Lżejszy biegacz, szybszy biegacz. Niby kawał drogi do pokonania, a tyle drobiazgów do sprzężenia.

Rozpisuję przede wszystkim treningi na ten tydzień. Chyba tym razem zaufam z małymi korektami Jackowi Danielsowi (temu biegowemu:). Dziś 15km rozbiegania i PBG (pompki, brzuszki, grzbiety). Rozciąganie. Jutro lub w środę 5km w tempie maratonu, żeby poczuć co mnie czeka i jak reaguję na bieg z taką prędkością. Utwierdzenie się w przekonaniu, że mogę. Porządna rozgrzewka i schłodzenie. Potem już lekkie, coraz krótsze biegi z przebieżki. Codzienne drzemki, jeśli uda się znaleźć godzinkę w ciągu dnia. Piątek wolny, piłkarski wieczór. Sobota rozruch, odbiór pakietu, wizualizacja, odpoczynek, magazynowanie energii. Niedziela ogień. Na pewno dobry sen w pakiecie oraz jedzenie zdrowe i z umiarem przez cały tydzień. Zasypianie z Córką zawsze jest takie przyjemne w tym ostatnim maratońskim tygodniu. Zero wyrzutów sumienia, że coś w życiu ucieka, że kimanie od 20:30 to obciach. Przyjemność i biegowe spełnienie ma nadejść przecież dopiero w niedzielne południe. Strój przygotowany, sprawdzony. Zdrowie pod kontrolą, choć pogoda zdradliwa. O, znów o pogodzie. Ech, te biegowe obawy. Hough! Rosół

wtorek, 7 kwietnia 2015

WITAJCIE STARE ŚMIECI!



Marysia ma 5 lat i z wielką przyjemnością ogląda ostatnio bajki z mojego dzieciństwa. Nuci pod nosem Gumisiowe przeboje i "Raz na wozie, raz pod wozem, kaczki, uuuuu". Jak to w życiu. Jakiś czas temu wyprowadziłem się do nowego mieszkania w wielopiętrowym blogu, ale wracam na stare śmieci. W swój ciasny, miły kąt. Na swój własny rossbieg.

Marzy mi się taki mały realny pokoik, w którym nikt poza mną nie może się i nic odnaleźć. Nawet mógłby być pod schodami jak ten Harry'ego Pottera. Ten blog musi być więc na razie taką moją wirtualną przestrzenią, w której na oparciu krzesła będzie wisieć kurtka biegowa, pod biurkiem stopy natrafią na podpórki do pompek i beret stabilizacyjny, na ścianie w przeciągu zderzą się zawodowe medale, a w kącie odpoczywać będą zbiegane buty. A wszędzie dookoła będą poustawiane różne pudełeczka z moimi skarbami. Mam do nich wielką słabość. Żal mi ich wyrzucać. Na razie poupychałem je na półkach w domowym pomieszczonku nazywanym dumnie garderobą.

Co pudełka różnych rozmiarów skrywają w środku? Pamiątki po dziadku Staśku. Stary zegarek, zapalniczkę z Lufthansy sprzed kilku dekad, breloczek Air India starszy ode mnie, Różaniec z Fatimy. Kapsle. Kilka ciekawych monet. Zestaw ołówków do rozwiązywania krzyżówek. Trochę zdjęć. Jest też pudło z medalami i numerami biegowymi. I masa różnych świstków, notatek, listów, kartek, które z różnych względów wydawały mi się i nadal wydają ważne. Jestem zbieraczem.

Mam takie swoje zdjęcie z medalami na szyi. Wisi nad tekstem. Spoglądam na nie czasem, gdy wytyczę sobie jakiś cel w bieganiu. To pomaga. Niby mam ich sporo, ale kark się nie ugina, dźwignie więcej. Trzeba zasuwać. Ostatnie tygodnie były niełatwe. Przeholowałem z treningami i emocjami, więc toczący mnie przez miesiąc ból gardła i katar musiałem zdławić antybiotykiem. Uciekło bezpowrotnie 10 dni. A może nie tak bezpowrotnie? Odpoczynek wróci w mocniejszej odporności. Od wczoraj znów nabieram rozpędu.

Znów straciłem część wypracowanej formy. Nie chcę się nawet zastanawiać i przeliczać ile procentowo jej ubyło. Pierwszy tydzień daję sobie na intensywne wdrożenie, a potem przyjdzie czas na naprawdę ostre bieganie. Do mojego celu, czyli maratonu w Gdańsku zostało 40 dni. Mam 6 tygodni na bezpośrednie przygotowanie startowe. Chcę pobić życiówkę, zejść poniżej 4 minut na kilometr. Im więcej urwę, tym większa frajda. Na pewno waga musi polecieć w dół, bo utknąłem na 81 kilogramach. O co najmniej 3 za dużo. Niby mało, ale balast trzeba ciągnąć, a to kosztuje. Walutą jest energia własna i ból Achillesów oraz lewej łękotki. Dołączam codzienne rozciąganie. Gładko wchodzi w nawyk. Trwa 10 minut, a nogi rzeczywiście mniej bolą i lepiej niosą o poranku. Ponadto wzmacnianie mięśni ud, żeby odciążyć kolana i niezniszczalna siła ogólna pod skrótem PBG (pompki, brzuszki, grzbiety). Krótko, rzetelnie, codziennie.

Plan na maj i czerwiec mam ambitny, ale skupiam się na razie na każdym tygodniu z osobna. Jak z sukcesem przepracuję pierwszy to zabiorę się za drugi, który stanie się po chwili tym jedynym. Wiosna nadciąga, a z nią pogoda, warzywa, owoce, słońce. Nie zastanawiam się jaka aura czeka mnie w Gdańsku. Skupiam się tylko na tym, na co mam wpływ. Pogoda jest na razie poza moim zasięgiem. Ponadto dla wszystkich będzie taka sama. Hough! Rosół

sobota, 19 kwietnia 2014

PRZEPROWADZKA!

Hej. Dostałem kwaterunek w większym mieszkaniu:) Przenoszę się tu: http://rossbieg.przegladsportowy.pl/

PS. Nie wiem czy będzie wygodniej, na pewno wpadnie więcej gości. Zamierzam jednak pozostać takim samym gospodarzem;)
Wesołego jajka! Spokoju i uśmiechu codziennie i od święta.
Hough! Rosół

sobota, 5 kwietnia 2014

LICHO NIE ŚPI!

No i licho palnęło mnie. Nie ma wyjazdu, nie ma meczu, nie ma odwiedzin u Przyjaciela, nie ma biegu. Straciłem 70 złociszy. Zdycham w wyrze. Rozpakowuję prezencik od Córeczki - pięknego wirusa. Trzeba to przetrwać. Hough! Rosół

piątek, 4 kwietnia 2014

PAL LICHO!

Dopadło mnie, słabość jakaś. Najpierw zrobiłem dwa dni wolnego. Poniedziałek bardziej rowerowy, wtorek wolny zupełnie. Siedziałem w domu z Marysią, bo się rozchorowała. Niby nic poważnego, ale po wizycie u lekarza, wskazanie do domatorstwa było jednoznaczne. A skoro Maria to i ja. Mój tydzień pracowy ułożył się idealnie pod chorobę najmłodszego domownika. Musiałem jednak coś od Niej przechwycić w locie podczas parskania, prychania i dmuchania małego kinola, wspólnego spania, gdy rozwijał się wirus. Jakieś licho mnie kręci złośliwie. Dyskretnie, upierdliwie, przeciągle.

Miałem jednak sporo spraw, które musiałem załatwiać zdalnie. Pobiegałem tylko w środę o świcie, ale czułem w klacie i gardle to wirusowe licho. Tempo było sprawne, w okolicach 4:30 na kilometr, dystans 14 km plus jeszcze jeden, ale już w truchcie. PBG odłożyłem na później, czyli na w ogóle. W czwartek utknąłem w dresie i białych skarpetkach na kanapie. Old school. Marysia obok. Przyszedł dzień krytycznego nieróbstwa (tylko biegowego!), dzień chorobowego kryzysu. I nawet nie chodzi o nastrój i samopoczucie, bo tutaj była u Mysi poprawa, lecz o spowolnienie, rozstrojenie, znużenie oglądaniem skrawka niebieskiego nieba przez okno. Ale na zewnątrz nie było ciepło. Zdradliwy chłód nabiera teraz takich klientów jak my i wpycha ich z przeziębieniami do łóżek. Słoneczko kusi zdjęciem kurtki, a przeszywający wiaterek zbiera swoje żniwo. Leżymy więc jak te dwa snopki.

W czwartek miałem robić superkompensację pod półmaraton. Tysiączki na przemian z osiemsetkami. Nic z tego. PBG drapało po głowie, ale skutecznie zbyłem te natręctwa treningowe. Setka maili, smsów, przelewów w mikście z zabawami, wygłupami, śpiewaniem, tańcami i oglądaniem bajek. Zderzenia świata dziecka ze światem dorosłego w czterech ścianach. Chwilę wytchnienia przyniosła wizyta Cioci Bożki, która podrzuciła dla Marysi na obiad klopsiki. Kasia wróciła dopiero późnym popołudniem. Z przyjemnością poszedłem z Tulką na spacer. Chłonąłem wiaterek, dopadłem Kumpla i gadałem jak nakręcony. Musiałem skumulowane z kilku dni informacje wywalić z siebie. Jakoś przetrwał.

Zasnąłem na kanapie, przebudziłem się, oglądałem dalej bezmyślnie jakiś film od środka. Uporczywie szukałem zakodowanego w pamięci super hitu, choć nie pamiętałem pod jakim tytułem. Utkwiła mi tylko godzina rozpoczęcia – 22:50. I wydawało mi się, że z Meg Ryan. Wypstrykałem na pilocie kilka okrążeń po programach w tę i z powrotem, ale nic nie znalazłem. Chyba mi się przyśniło. Nieźle. Porucznik Borewicz przypomniał mi moje dzieciństwo. Też pewnie tak tkwiłem w domu jak teraz Marysieńka i ciągnąłem na mieliznę rodziców, którzy musieli ze mną przesiadywać na zwolnieniu. Tak to się kręci. Przypomni sobie wół, jak cielęciem był.

Zwlokłem się z łóżka 6:25, bez budzika, po prostu. Chęci na bieganie w skali do 10 oceniłem na naciągane 2. Ale jak usiadłem na kanapie i spojrzałem na ekspres do kawy, to przemogłem niemoc. Kawa miała być nagrodą. Wskoczyłem w biegowe ciuchy i zabrałem Tulkę na przebieżkę. Nie było łatwo. Coś we mnie siedzi i żeruje na moim organizmie. Wróciłem po dziesięciu kilometrach i od razu rozłożyłem matę, podpórki, ufo i piłkę lekarską. Od PBG nie było tym razem odwrotu. Machnąłem 4 serie, wciągnąłem pyszną owsiankę (woda, płatki owsiane i żytnie, chia, goji, siemię, banan, miód lipowy na koniec, gdy przestygła) i czekam na rozwój wypadków. W domku, z Marysią, ale dzisiaj podmieni mnie Babcia. Sprawy czekają na załatwienie. Rower aż się pali do jazdy, torba pęka w szwach od papierzysk przeróżnych. U mnie entuzjazm mniejszy niż w rowerze, bo... coś we mnie siedzi… Kie licho?!

Niedzielna życiówka w półmaratonie, czyli bieg poniżej 1h20min10sek, w tempie po najwyżej 3:45 na kilometr, wisi na włosku. Spróbować zawsze warto. Może luzik to najlepszy trening przed startem? Musiałem się wygadać. Hasło na poznańskie zawody: „Pal licho!” Hough! Rosół