poniedziałek, 5 października 2015

MARATON NA ZDROWIE!



"Cholera, czuję się jak stary rzęch. Zżera mnie chyba korozja" - pomyślałem ponad dwa miesiące temu, gdy ze łzami w oczach od bólu Achillesów zjechałem z lasu na warsztat, czyli do domu. Po 10. kilometrze wiedziałem, że jak stanę, to będę potrzebował holownika. Nadszedł moment, w którym poddałem się i zawiesiłem do odwołania swoją (nie)sportową zasadę: "Albo ból, albo ja". Towarzyszyła mi ona od zawsze. No i zacząłem się zastanawiać, czym jest dla mnie zawsze.

Gdy miałem niespełna 10 lat zacząłem treningi piłkarskie. Wcześniej równo i miarowo obijałem piłkami porwane siatki na osiedlowych boiskach, blokowe ściany, pnie drzew i drzwi do klasy służące za bramki, kaloryfer za firanką w moim pokoju, ławki w parku. Wszystko mogło być celem, bramką, golem, zwycięstwem. Omijały mnie poważne kontuzje, ale świadomość wyniszczania organizmu codziennymi treningami, stawała się bolesną prawdą. Dziś gdy zrobiłem sportowy rachunek sumienia, gdy łupie mnie bark, naparza pęknięta łękotka i przeciążone Achillesy, rozumiem ten ból. Nawarstwił się latami, nie w dwa tygodnie. Zżyłem się z nim. Stał się towarzyszem niedoli, który biegł ze mną stopa w stopę, uśmiech w uśmiech, ramię w ramię na każdym treningu leśnym, na zawodach górskich i ulicznych. Rzadko o nim mówiłem, po prostu planowo miał minąć na trzecim czy piątym kilometrze. Bywały dni, że nie odchodził wcale. A każdego ranka, gdy na sztywnych szkitach kuśtykałem do kibelka, moja Żona z przekąsem mówiła: "Sztywne Achillesiki? Może jakiś maratonik?". No i dawałem radę aż do pewnego lipcowego poranka, gdy ból okazał się silniejszy.

Nigdy w sporcie zespołowym, a potem z przyzwyczajenia także w tym moim amatorskim indywidualnym, nie dbałem nadmiernie o siebie. Rzadko odwiedzałem masażystów, gabinety odnowy biologicznej, sporadycznie łykałem suplementy. Pomyliłem ignorowanie z ignorancją, jak ostatnio podczas komentowania meczu Premier League;) Dbałem na pewno o zdrowe odżywianie. Czasem robiłem solankę, bo była najszybsza i najprostsza. Brakowało świadomości, wcale nie bata nad tyłkiem. Ale skoro nic nie szkodziło, nie zrywało się, nie pękało, to i czujność spadała poniżej normy. Zadowalałem się krótkim rozciąganiem, wspomnianą solanką i dopisującym zdrowiem. Przez minione dwa miesiące od zjazdu na warsztat, zmieniam przyzwyczajenia. Ale nie na hura, nie zmieniłem się w hipochondryka. Krok po kroku. Odpocząłem od biegania i wcale mi go nie brakowało. Na co dzień przecież biegania w moim życiu jest pod dostatkiem: kingrunner.com, czasopismo Ultra, program "O co biega?", planszówka "Kingrunner. Wygraj maraton", expo w Warszawie, targi w Krynicy, kibicowanie na biegach, pomaganie w układaniu planów znajomym, prowadzenie zawodów dla dzieciaków czy strefy mety na Stadionie Narodowym. Mało?! Nic nie dzieje się bez powodu. gdybym biegał, pewnie nie miałbym na to czasu, chęci, sił. A tak mam. I nadal jestem częścią mojej ukochanej biegowej całości. Wczoraj przez godzinę biłem brawo uczestnikom Biegnij Warszawo. Wzmocniłem dłonie na drążki:)

Co dwa, trzy dni robię lekkie, krótkie przebieżki na osiedlowe drążki przy mojej ukochanej górce Kazoorce. W 2012 roku w ramach postanowień noworocznych napisałem, że czas nauczyć się podciągać. W biegu kupiłem drążek, zawiesiłem na parkingu podziemnym i... słomiany zapał minął. Ale teraz zawziąłem się na całego. Stąd łupanie w barku, nadwyrężyłem jakieś włókna mięśniowe. Ale przez ponad dwa miesiące uwierzyłem, że postęp dotyczy każdego, nawet takiego słabiaka jak ja. Wstyd się przyznać, ale nie umiałem się podciągać. Nie miałem sił. by dźwignąć swoje mocne i ciężkie nogi i cztery litery do góry. Teraz robię po 5 serii, ile mogę, z przerwą 90 sekund pomiędzy nimi. Do tego ćwiczenia, które nie bolą moich Achillesów: przysiady, wykroki, burpeesy, stabilizacje i inne tego typu. Uwielbiam te plenerowe siłownia, bo każdy ćwiczy we własnym rytmie i na miarę własnych możliwości. Jak z bieganiem.

Wdrażam plan reaktywacji i przede wszystkim regeneracji mojego wysłużonego organizmu. Postanowiłem pobiegać dla zdrowia, co rzadko mi się przez prawie 3 ostatnie dekady zdarzało. Zawsze była rywalizacja, teraz ma być pełna radość. Moich znajomych dziwi maraton bez mojego udziału, ale w tym roku przebiegłem przecież trzy i to w miesiąc. Tym akurat nie ma się co chwalić, bo nie było to ani heroiczne, ani rozważne. Dzisiaj zacząłem nowy tydzień od leśnej dyszki. Po miękkim podłożu. Zamówiłem nowe buty, które mogą ulżyć Achillesom (czekam na nie), zapisałem się na fizjoterapię, codziennie rozciągam ścięgna i robię ekscentrykę i wcierki. Ale to codziennie trwa za krótko, raptem parę dni. A to ma być początek długiej drogi. Mój nowy maraton w drodze do kolejnego maratonu. Na zdrowie! Hough!

1 komentarz:

  1. Powodzenia na nowej drodze ;D mam podobne przemyślenia ostatnio...może to kwestia dojrzałości albo wieku. Człek mówi, że zdrowie najważnijsze, a serce podpowiada inaczej. Mega wyzwaniem jest spokojnie zacząć pracę u podstaw, ale bez ciężkiej pracy nie ma efektu. Trzym się :)

    OdpowiedzUsuń