czwartek, 27 lutego 2014

LIST PROSZĘ CIOCI?

Wczoraj wyszło „oczko” miejskie, trochę w roli kuriera, bo leciałem do celu z przesyłką, no i trzeba było wrócić. Fakt, że okrężną drogą. Korzystałem za to śmiało ze ścieżki rowerowej, bo była pusta, a poza tym poruszałem się jej lewą stroną, jak na wiejskiej szosie. W pełnej gotowości, żeby uskoczyć na pobocze. Szukałem też równych pasm trawy, żeby oszczędzać staw kolanowy na miękkim podłożu. Za to na trasie natrafiłem na takiego artystę kierowcę:


Tylko rozsądek i oszczędzanie kolana wyhamowało mnie na 21 kaemie. Po trzech dniach dobiłem do pięćdziesiątki. Dzisiaj miało być więc oszczędnie. A nawet w ogóle. Ale musiałem pomóc Ciotce na poczcie z odbiorem jakiegoś listu, którego nie było, niby tam blisko, a jednak dojazd pokrętny, więc poleciałem.

Raczej swobodnie, bo nogi bolały. To już szósty dzień z rzędu. Założyłem jednak, że ten tydzień musi boleć. Oczywiście kolana w ten plan nie wliczałem. Jednak ku mojemu zaskoczeniu po dwóch kilometrach mięśnie zaczęły działać bez zarzutu. Na pocztę i z powrotem wychodził tuzin kilometrów. Sprawa przy okienku zajęła minutę, góra dwie, Ciocia zadowolona i uspokojona, nikt Jej nie ściga, więc pomknąłem do domu.

Ale po drodze postanowiłem przetrzeć stary szlak żłobkowy. Pobiegłem więc od strony starego, małego przedszkola Marysi (sama tak o nim mówiła) w stronę lasu. A ten wyglądał tak cudownie, że postanowiłem zrobić wreszcie coś żwawszego. Wybrałem przebieżki. Nie mam stopera w tym durnym zegarku, który nie chce uruchomić tej funkcji bez paska do pomiaru tętna na piersi. Dlatego latam przebieżki po 150 kroków, co daje mi mniej więcej dystans 250 metrów. Sprawdziłem to na jedynym takim pomiarze ćwierci tysiąca metrów na drzewie. Tempo jest ostre, dbam wtedy jednak o technikę, pracę rąk, ułożenie sylwetki. Jak pomylę się w liczeniu kroków, to zawsze na swoją niekorzyść. Honorowo wracam do ostatniej policzonej pełnej dziesiątki, którą spamiętałem i dokładam resztę. Przerwa jest każdorazowo niedługa, gdy poczuję, że w miarę wyrównałem oddech, ruszam, ale nie na pełnym wypoczynku. Niech trochę przytyka. Na deser zafundowałem sobie kilkanaście minut spokojnego truchtu w pełnym wiosennym słoneczku. Znów jednak nie zrobiłem PBG. Odkładanie go na później to błąd. Trzeba machnąć od razu po powrocie z biegania, bo inaczej przepadnie. Rysa na diamencie, który szlifuję w tym tygodniu. Hough! Rosół

środa, 26 lutego 2014

ZŁAP MNIE, JEŚLI POTRAFISZ!

Już 4 maja Wings for Life World Run. Inspirujący bieg z nietypową formułą w nietypowej sprawie. Cały dochód przeznaczony jest na badania urazów przerwanego rdzenia kręgowego, a biegacze uciekają przed metą, a nie do niej biegną. Start na sześciu kontynentach o tej samej porze, czyli 10:00 UTC, co u nas oznacza samo południe, ale gdzie indziej niekoniecznie. Szczegóły tutaj: www.wingsforlifeworldrun.com/pl/

Przygotowuję się do bicia życiówki w maratonie w połowie kwietnia. Po nim dam sobie tydzień na regenerację i podtrzymam wypracowaną formę do 4 maja. Zostanie tylko 14 dni. Ale to pozwoli mi myśleć już o górskich biegach ultra, bo w Wings for Life World Run zamierzam przebiec ultramaton, czyli ponad 50 kaemów. Na razie sam nie wiem jaki dokładnie dystans, więc nie liczę jeszcze kilometrów i międzyczasów. Na pewno z przodu musi być co najmniej piątka! Myślami jestem jednak przy maratonie, tu mam sprecyzowane cele.

Poznańskie Wings for Life World Run to jest zupełnie nowa formuła zawodów, która zachęca do tego, żeby nie oglądać się za siebie, patrzeć tylko do przodu, napierać, nie kalkulować i robić swoje. Zautomatyzowana meta na czterech kółkach i tak każdego dopadnie. Prędzej czy później. Ale to właśnie sprawia, że bieg jest dla wszystkich. Od amatora, który chce pomóc osobom z problemami zdrowotnymi, po ultrasa, który też pomaga, ale również mierzy swój zasięg, moc, fizyczne i psychiczne bariery. Start jest wspólny, żadnego dochodzenia, meta będzie zbierać swoje żniwo po drodze. Ucieczka przed metą, brzmi nieźle, co nie? No to uciekajmy!


A Ty Meto pokaż co potrafisz! Do zobaczenia w Poznaniu, tej! Hough! Rosół

STRZAŁ W KOLANO!

Wczoraj las był tak piękny, że nie chciało się z niego wybiegać. Przymrozek ściął i utwardził ścieżkę, co z jednej strony zapewniało komfort stopom, a z drugiej dyskomfort bolącemu kolanu. Promienie słońca działały jednak rozweselająco i pobudzająco. Ale zwyciężył rozsądek, bo kłucie w stawie przy każdym kroku dopominało się o zluzowanie. Próbuję znaleźć obejście mojego kolanowego pola minowego, żeby trenować, ale nie przeholować. A boleć w takim wypadku musi i basta!

Kiedyś przeczytałem, że w organizmie jest miejsce tylko na jeden ból. Mnie regularnie bolą Achillesy, ale od kiedy rwie kolano, rzeczywiście jakbym nie odczuwał dolegliwości w ścięgnach. Z dwojga złego wybieram Achille, bo ten ból mam rozpoznany, zdążyliśmy się zaprzyjaźnić, wiemy czego się po sobie spodziewać. Kolano zachowuje się złowrogo, podstępnie, śliski temat. Na razie odpuszczam badania, leczę się chałupniczo. Rozgrzewająca maść końska na start i chłodzenie z wcierką z żelu przeciwzapalnego na mecie. I oszczędzanie potem kolana przy zwykłych codziennych czynnościach. Na razie ten układ trwa, pozwala żyć w biegu.

Zaraz ruszam w miasto. Zabieram w trasę batona energetycznego, żeby nie przeżywać katuszy i zderzeń ze ścianką jak w ubiegłym tygodniu. Na pewno pękną dwie dyszki, ale nie planuję dokładnie. Nie forsuję rzepki i okolic mocniejszym bieganiem, żeby siły nacisku były jak najmniejsze. Ale doprawiam się dystansem. Wypadałoby zrobić jakieś mocne 5x2km, ale może przetoczę się na zwiększonym kilometrażu do niedzieli i wtedy odpalę moc. Zobaczymy jak zniosę środę. Cały czas biegam z lufą wymierzoną w kolano. Nie ma jaj, nie ma chwały. Life hurts! Hough! Rosół

poniedziałek, 24 lutego 2014

RZEPKA NIEZBYT KRZEPKA!

Kolano naparza. W sobotę ból towarzyszył mi wiernie w każdym kroku. Przełamałem się i poleciałem do pracy i z powrotem. Okrężną drogą, żeby wyszło 10 kaemów w jedną i 11 kaemów w drugą stronę. Drugi etap był mocniejszy mimo zmęczenia, ale jak już zacząłem, to leciałem. Potem masowałem kolano, wcierałem żele i zawaliłem całe doraźne leczenie, bo zasnąłem z Marysią w Jej łóżeczku. Wystarczyła godzinka z hakiem, żebym czuł się pogięty jak chińskie dziewięć.

W niedzielę o świcie kolejna delegacja, tym razem do Krakowa. Wcisnąłem przed szóstą krótką przebieżkę we mgle. Towarzyszyła mi klawa aura tajemniczości na opustoszałych ulicach. Krok miałem sprawny, ale czas pokurczony jak malutka rodzynka. Kolano pozwoliło tylko na 6 kilometrów i chwilę wymachów, a w domu dorobiłem mocne PBG. Zaniedbałem się, osłabłem. Wszystko skompresowałem w niespełna 50 minut. Szybkie rozciąganie pod prysznicem, wcierka w kolano i poleciałem dalej.

Spałem przez całą powrotną drogę busem z Krakowa. Po powrocie dalej uderzyłem w kimono. Jednak jeszcze nie odespałem wyapdu na Wyspy. Dobry wybór! Dzisiejsza leśna czternastka w zdrowym, ale niezbyt forsownym tempie (ok. 4:35 per kilo) była już miłym biegowym doznaniem. Wiosna w pełni, ścieżki momentami tylko błotniste, ale dla mojego kolana to była wreszcie odpowiednia sprężystość. Odetchnęło trochę i ja również po miejskim bieganiu. Las był cudnie oświetlony, pusty, przygotowany na przyjęcie wiosny. Nigdzie nie było żadnej wielkiej kałuży do omijania szerokim łukiem. Trzeba korzystać. Już nie mogę się doczekać jutra i intensywnie masuję kolanisko. Szykuje się po Achillesach znów walka o zdrowie, choć ścięgna wcale jeszcze nie odpuściły. Na razie ból w przedniej części kolana zdominował i stłumił inne usterki. Bywa. Hough! Rosół

TRENING: sb - 21 km / nd - 6 km + PBG / pn - 14 km.

sobota, 22 lutego 2014

ROLLERCOASTER!

Dziwny tydzień za mną. Biegowo nie do obrony, choć staram się go jeszcze ratować. Blogowo zaniedbany. Emocjonalnie za to genialny i intensywny, co nieco wynagradza i tłumaczy bezbieg. Dopiero dzisiaj właściwie zbieram się w jedną całość mentalnie i fizycznie po wyjeździe na mecze Ligi Mistrzów do Anglii.

Zapakowałem do walizki pakiet biegowy, w Londynie w hotelu była klawa siłownia i pogoda w sam raz na przebieżkę, ale nie było czasu, a ja nie miałem sił. Znaczy wolałem je oszczędzać na meczowe wieczory, a noce przesypiać, bo były bardzo krótkie. Poza tym bolało mnie kolano, więc może tak musiało być, żebym je oszczędził.

Ostro przyłożyłem w poprzednią niedzielę i poniedziałek. W weekend przebiegłem 18 kaemów, w układzie 6 km rozbiegania i dwie piątki coraz szybciej, potem trucht. A w poniedziałek podkusiło mnie, żeby urządzić sobie wycieczkę miejską. No i zderzyłem się z małą ścianką biegową. Wyszło 26 kilometrów, dokładnie 2 godziny i 15 minut w biegu, z czego niespełna 10 minut uciekło na wszelkie przestoje. Musiałem odebrać przesyłkę w centrum, trafiłem kilka nieprzyjaznych czerwonych świateł, wreszcie zaliczyłem wizytę u Ciotki w pracy, gdy zaczął łamać mnie kryzys po 20 kilometrze. Nie zwolniłem tempa, ale powłóczyłem nogami. Mało wypiłem, nie miałem żadnego energetycznego wsparcia, czyli batona, żelu, rodzynek. Nie miałem gotówki, tylko kartę. Błędy, które muszą zaboleć.

U Ciotki wypiłem na biegu jednym haustem, no dwoma, dwa kubki ciepłej wody i liczyłem na jakiegoś cukierka na dalszą drogę. Niestety Ciotka zaopatrzona była tylko w faworki. Marzyłem o krówce. Ech, marzenia zmęczonego biegacza… Odpuściłem sobie zamulanie gęby kruchym ciastem i poleciałem do domu. Zostały 3 kaemy. Środkowy z nich był mordęgą, na ostatnim znów doszedłem do siebie.

W domu od razu dobiegłem do lodówki. Pot lał się ciurkiem. Mój zestaw był fantazyjnie wysokoenergetyczny. Resztka lodów jogurtowych z musem truskawkowym, dwie czekoladki orzechowe i duży banan. Jak to zmieliłem i popiłem wodą, zaczęły wracać moce przerobowe. Prysznic i chwila leżakowania pozwoliły wrócić do żywych. Wieczorem była dodatkowa zumba urodzinowa mojej Żony. Kolano wytrzymało, ale dostało w kość, bo poszedłem po bandzie. Zumba rządzi jako trening uzupełniający, znów potwierdzam. Nasza ekipa na fotce jest tego dobitnym potwierdzeniem!


Potem nastąpiły 3 dni na Wyspach. Dwa miasta, dwa wielkie mecze, 4 loty, pociągi, metro, taksówki, przygotowanie do pracy, emocjonalny rollercoaster. Założyłem chociaż jedno swobodne wybieganie, ale nawet tego nie zrealizowałem. W piątek już podczas pełnego dnia w domu wylazło ze mnie całe zmęczenie, a dziś spałem 10 godzin. Żaden budzik nastawiony na 6:01 nie miał szans. To chyba mój rekord od dawna.

Dzisiaj i jutro trenuję mocniej i dłużej. W pogoni za straconym biegowym czasem. Ale nie na wariata. Hough! Rosół

niedziela, 16 lutego 2014

BEZBIEG!

Trzy dni trenowałem bezbieg. W czwartek planowo, bo przygniotła mnie delegacja krakowska, ból skurczonych nóg i zmulenie podróżą w roli pasażera na tylnym siedzeniu samochodu. Nie znoszę jeździć, gdy nie mam kierownicy pod kontrolą. W ogóle nie lubię prowadzić auta. Najlżejsze dolegliwości towarzyszą mi, gdy za kierownicą dowodzi… Kasia. Jazda nie należy wtedy do szybkich, jest jednostajna, czasem wręcz ślamazarna, ale ogólnie łagodna, płynna. W czwartek była kontrastowo nieznośna, gwałtowna szarpanina. Żołądek miałem w gardle, błędnik rozdygotany, a mięśnie ud i łydek pękały w szwach. Po serii trzech mocnych treningów zafundowałem sobie wolne. Wolałbym chyba przebiec maraton. Albo i dwa. Przynajmniej bolałoby z sensem.

Wieczorem dopadła nas w domu zła wieść o chorobie Przyjaciela. Nie przespałem nocy. Od rana czułem niemoc. Nie mogłem myśleć o niczym innym. Wszystko wykonywałem jakbym był w malignie, na wolnych obrotach. Ból istnienia, zwykły i biegowy. A do roboty miałem sporo. Dzień uratowały domowe Walentynki. Wypatrywałem soboty i liczyłem na przespaną noc, a po niej długie wybieganie. Pogoda była dość wdzięczna dla biegaczy, ale znów spiętrzyły się drobne komplikacje. Zawaliłem ten dzień. Było domowe spotkanie rodzinne, tort z okazji 70. Urodzin Kasi i moich Ale potem ani Zbyszek Bródka, ani Kamil Stoch nie zmobilizowali mnie do wieczornego treningu. Tutaj nie mam usprawiedliwień, zawaliłem. Takimi dniami olewki i niemocy przegrywa się swoje maratońskie marzenia. Dlatego postawiłem na niedzielny zryw i nadrabianie zaległości w wolny z założenia poniedziałek.

Oczywiście noc nie mogła być spokojna. Marię znów zaatakowało zatokowe, katarowe tsunami. Przyszła w nocy, kręciła się i prychała. A ja tylko mościłem poduszki wyżej i niżej, żeby Jej ulżyć. O brzasku wstałem, żeby doszlifować notatki meczowe i już miałem wybiec, gdy Marysia rozbudziła się w najlepsze. Uśmiechnięta, bez gorączki, bez nosowego kataru. Cała niewidzialna glutowa armia atakuje Ją wewnętrznie. Daliśmy Mamie dospać bonusową godzinkę i wystartowałem ze słońcem w pełni. Od razu wybrałem asfalt i kierunek na Wilanów. Po pierwszych krokach zrodził się konkretny plan. Pierwsza piątka dość żywo, ale jeszcze spokojnie. Druga mocna, trzecia pomiędzy i 2 kaemy schłodzenia. Wszystko na lekko kontrolowane wyczucie. Wyszło planowo do 11 kilometra, a potem zacząłem przyspieszać ponownie do tempa z drugiej piątki. W sumie wyszło 18 km. Dynamiczne PBG, kąpiel, skarpety kompresyjne na podróż i do Poznania na ligę Hough! Rosół

TRENING: 6 km po 4:45 + 5 km po 4:10 + 5 km po 4:15 + 2 km po 5:00. PBG = 100 pompek + 200 brzuszków (proste i skośne z piłką lekarską 5 kg), bez grzbietów.

środa, 12 lutego 2014

POMOC SĄSIEDZKA!

Przymrozek złapał i ściął podłoże. Wydawało mi się to niebywałym atutem przy starcie na górkę Kazoorkę. Cieszyłem się, że nie będę ślizgał się i zapadał w błocku po kostki. Zabrałem ze sobą psinkę Tulkę, lecz to był błąd. Już kilka razy rozcinała łapę na szkłach, które po imprezach pod chmurką zalegają na górce. Oops, she did it again! Bidulka.


Z jednej strony irytuje mnie brak wychowania i lenistwo balangowiczów, z drugiej strony natomiast Kazoorka przez swą
dzikość, pozbawiona jest koszy na śmieci. Kilka stoi po stronie ulicy Kazury, ale nikomu nie chce się łazić po pijaństwie i nadkładać drogi. Łudzę się naiwnie, że gdyby kosz był pod ręką, może przynajmniej część opróżnionego szkła wylądowałaby we właściwym miejscu. Na pewno prościej byłoby to zbierać za kogoś niewychowanego samemu.

A może czas zorganizować jakąś akcję społeczną, lokalną, sąsiedzką. W końcu Kazoorka jest eksploatowana przez różne grupy – spacerowiczów z różnymi pociechami, rowerzystów, snowboardzistów, paralotniarzy, biegaczy, dzieciaki. No i balangowiczów. Napisałem do gminy prośbę o wbicie tu i tam tabliczek przypominających o sprzątaniu po sobie i ustawienie kilku koszy na śmieci. Koszt żaden.

Kazoorka jest zaśmiecana oczywiście nie tylko przez amatorów procentowych trunków. Walają się na niej papierzyska po wszelakich słodkich i wytrawnych, choć niewyszukanych przekąskach. Plus plastiku bez liku! Coś tam zawsze zbiorę, ale może gdyby zewrzeć szyki po sąsiedzku, wtedy na Kazoorce wszystkim byłoby milej? Jestem daleki od przeganiania imprezowiczów i wlepiania wszystkim mandatów. Jestem za komfortem, czystością i kooperacją na dzikiej osiedlowej górce. Samo się narzuca, skoro mowa o samopomocy sąsiedzkiej:

http://www.youtube.com/watch?v=dv8TaCpoauk

Wróciłem więc z Kazoorki karnie po dwóch pętlach. Błyskiem opatrzyłem Tulkową łapkę, a ponieważ jesteśmy już zaprawieni w bojach, to przybory mamy pod ręką. No i wróciłem na górkę. Dokręciłem 8 pętli, ale walka była mocarna. Z każdym powtórzeniem robiło się coraz trudniej. Nawierzchnia stawała się zdradliwa. Przy jednym kroku stopa trafiała na opór zmarzniętej ścieżki, przy drugim zapadała się całą podeszwą w glinie. Mała loteria. Poza tym zbocza były śliskie, gdzieniegdzie leżał śnieg, a wokoło regularny lód. Górka zasłoniła go skutecznie przed działaniem słońca. Wieczorna wilgoć na trawie dodatkowo ścięła się przez noc. Zaliczyłem dwie kontrolowane gleby, ale poturlałem się dość bezpiecznie i kontynuowałem bieg. Trening wart pałaca!

Dożarłem resztę owsianki, a teraz ruszamy z Tulką do weterynarza, bo rozcięcie wygląda nieciekawie! Hough! Rosół

TRENING: 2 km rozbiegania + 10 pętli na Kazoorce = 20 podbiegów i 20 zbiegów + muldobieganie na szczycie + 2 km schłodzenia.