To był najlepszy biegowy tydzień od dawna. Rodzinny, pracowity, biegowy, kolorowy!
Ma to jednak swoje skutki uboczne, bo nałożenie się zmęczenia fizycznego i codzienności to mieszanka, który prowadzi albo ku doskonałości, albo destrukcji. Wczoraj nogi miałem do wymiany. Bo po leśnym półmaratonie przyszło pieczenie tart, ciastek i innych smakołyków na urodzinową imprezkę Marysi. A na niej dalej stójka, serwowanie kawek, nalewanie dzieciakom picia i takie atrakcje. Potem sprzątanie i porządki po powrocie do domu. Ten dzień trwał tydzień. Uff. Był nieskończenie piękny. I wyczerpujący.
Spałem jak zabity. Odsypiałem cały tydzień. Wyjazdy, komentowane mecze, czytane i pisane teksty, obowiązki domowe, no i treningi. Pewnie, że się nie da, ale wstałem wypoczęty. Poranny spacer z Tulką zatrzymał mnie twarzą w twarz ze wstającym słońcem. Uwielbiam taką pogodę. Mroźne, rześkie powietrze i słoneczne ciepło. Najczystsza energia, doładowanie baterii.
W sobotę zasłużyłem na dzień wolny po dziewięciu jednostkach treningowych z rzędu (2 razy po 2 treningi). Pewnie też dlatego niedzielne wybieganie o brzasku zaczęło się od przebijania głową przez mur niemocy. Po 2km było już trochę lżej, a po pięciu całkiem miło. Dyszka w tempie 4:45 minęła nam błyskawicznie. Przyszedł, a właściwie przybiegł, czas na przyspieszenie. Kolejna dycha po 4:25. Niestety, spieszyło mi się, więc tempo kręciło się koło 4:15-4:20. Dobra, przyznam się - nawet szybciej. Zdjęcie Tulki, mojego psa-zająca robiłem w połowie szybkiej części biegu. Niewyraźne.
Mój świt kurczył się w okamgnieniu, dlatego skróciłem trening o 3km (miało być 24km). Po szybkiej 9-tce, dołożyłem 2km biegu po 4:45 i jako półmaratończyk wbiegłem pod prysznic. I dopiero wtedy zaczęła się prawdziwa robota. Tulka dostała dużą porcję jedzonka i mogła byczyć się do wieczora. Wyspała się też za mnie. Dziś czeka mnie, znaczy nas, wolne człapanie 15km. I tu jest problem, bo coraz częściej łapię się na tym, że pomijam tempo regeneracyjne. Biegnę za szybko. A tu naprawdę trzeba z nogi na nogę koło 4:50-5:10 min. na km. Celuję więc w piątkę!
W minionym tygodniu wyszła prawie stówka. Więcej nie potrzeba. Ważne były tempa treningowych biegów. Coraz większy komfort przy przyspieszaniu. Płuca, serducho i mięśnie radzą sobie z wyzwaniem coraz lepiej. Zaliczam postęp. Kolano pobolewa, Achillesy dają radę. Uwielbiam podwójne zajęcie dziennie. To taka namiastka wyjazdu na zgrupowanie, gdy dwa treningi były normą. Mam takie dwa dni w tym tygodniu. Ale też wyjazd do Manchesteru. Znów trzeba wszystko jakoś zgrabnie pogodzić.
Piątek, 11/03 - 17km i rozciąganie.
Sobota, 12/03 - wolne!
Niedziela, 13/03 - 10km po 4:45 + 9km po 4:15-4:20 + 2km po 4:45.
Hough! Rosół
poniedziałek, 14 marca 2016
czwartek, 10 marca 2016
PIES ZAJĄC!
Słowo nie dym. Wór butelek i szkieł zebrany. Pewnie pierwszy z setek, które trzeba będzie dźwignąć, ale cała akcja na Kazoorce trwała 5 minut. U podnóża Góry Trzech Szczytów ustawiony jest zasobnik na szkło, może uda się jakoś wychować śmiecących, żeby pofatygowali się ze szkłem na dół. Tak blisko, tak daleko. Dziś kolejny wyskok na szczyt, żeby zebrać następną partię syfu.
Ale bohaterką moich ostatnich dni, zwłaszcza czwartkowego treningu, została Tulka. Mój PIes-Zając. Z takim pacemakerem to można kręcić dobre czasy. Oto Tulka po szybkim treningu:
Nie wygląda na zmęczoną, raczej zawiedzioną, że tak krótko, skoro w środę było 20km (na raty). Tulka czuje bluesa i zazwyczaj leci przede mną. Idealnie, jakieś 10 metrów. Pozwala wbić wzrok w swój ogon i ciągnie mnie żwawo po leśnych, długich prostych. Mamy swój wypracowany schemat treningu. Najpierw rozgrzewka po okolicznych polach i otulinie lasu - jakieś 3km. Wtedy Tulka załatwia wszystkie swoje grubsze potrzeby, a w lesie tylko zaznacza teren i pilnuje założonego tempa. Wczoraj były momenty, że odrywała od ziemi cztery łapki, bo zazwyczaj drepce w konwersacyjnym tempie. No, bo trochę ze sobą gadamy podczas biegu.
Zaraz ruszamy na spokojne wybieganie. Celujemy w 17km po 4:45. A po nim jazda do Gliwic na mecz Piast - Podbeskidzie. Jutro albo dwunastka z przebieżkami, albo należne wolne. W niedzielę czeka mocne 24km. Ważne, że chce się biegać. Tulcia, gotowa? (puściła oko i macha ogonem).
Wybiła 6:30. Dziewczyny smacznie śpią, trzeba ruszać. Pada. Miłego treningu Wam życzymy!
Środa, 8 marca - I trening: 12km + rozciąganie, II trening: ok. 8km + pompki i rozciąganie. No i zbiórka butelek na Kazoorce.
Czwartek, 9 marca - 2km rozgrzewki + 10km po 4:05/km + 2km truchtu = 14km.
Hough! Rosół i Tulka
wtorek, 8 marca 2016
TRZY SZCZYTY CEBULACTWA!
W naszym magazynie "ULTRA. Dalej niż maraton" prowadzimy akcję Biegam ultra, nie śmiecę (#runultranotrash). Promujemy wśród biegaczy dbałość o szlak, trasę, las, które pokonują podczas zawodów. Gdy towarzysko przemierzałem w czerwcu ubiegłego roku tatrzański Bieg Marduły, zebrałem 3 plecaki plastikowych butelek, opakowań po żelach, papierków po wszelakim turbodoładowaniu. A wszystko w lekkim biegu i w oczekiwaniu na kolegów, bo przyjechałem w Tatry w nocy i chciałem zrobić im niespodziankę na szlaku. Zaskoczyło mnie to bałaganiarstwo, stąd walka o czystość podczas biegania. Budujemy świadomość, nikogo po łapach bić nie będziemy. Odzew jest bardzo pozytywny. Liczymy na to, że Ultrasi będą śmiało zwracać uwagę śmiecącym albo sami podniosą co trzeba, skoro innym brakuje kultury. Zmęczenie i zakup pakietu startowego nie dają prawa do śmiecenia.
Mieszkam w Warszawie, gdzie syf widać na każdym kroku. Łażę z psem i zbieram papierzyska albo butelki. Korona mi z głowy nie spada, bo jej nie mam. Obok mojego bloczyska wyrosła kilka dekad temu Górka Kazoorka (Trzech Szczytów), teren zmagań podczas zawodów Monte Kazury. Dziś znów zrezygnowałem z zabrania Tulki na wspólne bieganie po Kazoorce. Powód zawsze ten sam. Czy lato, czy zima, na grzbiecie i miniaturowych stokach wala się mnóstwo szkieł z pobitych butelek po piwie i winie. Szczyt cebulactwa polega na tym, że na dole wokół osiedlowego pasma górskiego rozstawionych jest kilkanaście śmietników. Ale rzucić za plecy i rozbić łatwiej. Szkoda mi opon freestyle'owych rowerów, które na szczycie mają swój muldowy tor. No i oczywiście dziecięcych dłoni i psich łap. Stąd mój trening był dzisiaj podzielony na rozgrzewkę w towarzystwie Tulki i samotną szarżę na cross po Kazoorce.
Maryśka chora, więc później pójdę z worem i pozbieram szkło. Raptem 200 metrów "obciachu". Pisałem kiedyś do Gminy o ustawienie koszy na szczycie góry albo wbicie tabliczek z przypomnieniem, żeby po sobie sprzątać, ale moja prośba przepadła widocznie w spamie. Shit happens, więc trzeba walczyć po swojemu.
Sam trening był bardzo wymagający. Wyspane nogi szybko weszły na wysokie obroty, mięśnie ostro paliły na stromych podbiegach i solidnie dostawały w kość na zbiegach. Niby tylko 25 minut roboty, niby jakieś 5km, ale serducho rześko podskakiwało na muldach. Na koniec dwukilometrowy masaż w truchcie i rzetelna seria wymachów nogami przy ogrodzeniu, przyniosły ukojenie. Zmęczenie zaczyna się nawarstwiać. A to znak, że praca wre. I tego się trzymam!
Wtorek, 8/03 - 5km rozgrzewki w tempie 4:45 + ogólnorozwojówka + 2x120m przebieżki + 25min. cross + 2km trucht. Suma = 12km.
Hough! Rosół
poniedziałek, 7 marca 2016
MARATON NA ZDROWIE!
Hahaha, tytuł wpadł mi w oko jak odkurzyłem login do mojego bloga. Ten z ostatniego wpisu pasuje jak ulał. Będzie maraton, może nawet zdrowia trochę się znajdzie. Na razie jest próba wbicia się w codzienny plan biegowy. Po cichutku, na paluszkach, przez uchylone drzwi. Ale oczywiście szykuje się gimnastyka logistyczna w połowie maja. Piłka i bieganie - trzeba będzie zgrabnie połączyć dwa żywioły. Na razie jednak chcę odszukać w sobie i wypielęgnować to bezcenne uczucie niewymuszonego "obowiązku" biegania. Realizowania codziennego planu w bezszelestnym lesie, który za chwilę wybuchnie wiosenną świeżością. Poddania się z uśmiechem tej myśli przed snem, że jutro o brzasku czas na określony trening. Tego w tej chwili szukam, bo rok temu zgubiłem.
Mam prawie wszystko - cel, plan, pękniętą łękotkę, która nadal się trzyma i dość prosto biega, Achillesy pod względną kontrolą, wytyczony cel. Mam świadomość i cierpliwość. Nic tylko powalczyć. Mam też świetnego kompana, moją Psinę, która dzielnie wspiera mnie od kilku tygodni w regularnych treningach. Prawdziwy Pies Zając, pozwala długimi fragmentami trasy, wbić wzrok w jej ogon i lecieć w założonym tempie. Mój trener-kumpel Mariusz Giżyński przysłał mi wraz z planem na poprzedni tydzień fajną słowa:
"Zasuwamy! Od tej pory aż do maratonu kolega to dla ciebie osoba, która wsiądzie na rower i poda ci wodę na trudnym treningu, osłoni cię od wiatru na długim, wyczerpującym wybieganiu."
Może nawet obejdzie się bez supportu, bo przecież zaraz zrobi się na tyle ciepło, że woda rzucona w krzaki, nie zrobi się od razu lodowata. Zamieniam się znów z radością w amatorskiego zawodowca. Ale czuję nadbagaż, który muszę rozpakować po drodze. Klawe jest to, że jedyną osobą, której muszą i chcę coś udowodnić, jest ten kędzior, którego widzę w lustrze. A jeśli mi się nie uda, bo wygra niemoc i brak chęci albo bóle nóg czy istnienia, to wrócę do swojej bardzo przyjemnej rekreacyjnej aktywności. Ale na razie czas na królewskie wyzwanie tej wiosny.
Odżywki nabyte. Waga lekko poleciała w dół. Dopiero przy szybkim bieganiu ta strata trzech kilogramów jest naprawdę odczuwalna. Wcześniej ten balast nie miał znaczenia. Zgłodniałem, przypuszczam kontrolowany szturm na lodówkę. Miłego tygodnia!
Sobota, 5/03 - pierwszy trening: 10km < 42:30 + 2km trucht. Drugi trening: 8km + 5x200m + 1km trucht. Mocno brzuch i deska klasyczna.
Niedziela, 6/03 - 17km po ok. 4:35. Długie rozciąganie.
Poniedziałek 7/03 - 15km po 4:50, swobodnie, regeneracyjnie. Po południu drążki i solanka.
Hough! Rosół
Mam prawie wszystko - cel, plan, pękniętą łękotkę, która nadal się trzyma i dość prosto biega, Achillesy pod względną kontrolą, wytyczony cel. Mam świadomość i cierpliwość. Nic tylko powalczyć. Mam też świetnego kompana, moją Psinę, która dzielnie wspiera mnie od kilku tygodni w regularnych treningach. Prawdziwy Pies Zając, pozwala długimi fragmentami trasy, wbić wzrok w jej ogon i lecieć w założonym tempie. Mój trener-kumpel Mariusz Giżyński przysłał mi wraz z planem na poprzedni tydzień fajną słowa:
"Zasuwamy! Od tej pory aż do maratonu kolega to dla ciebie osoba, która wsiądzie na rower i poda ci wodę na trudnym treningu, osłoni cię od wiatru na długim, wyczerpującym wybieganiu."
Może nawet obejdzie się bez supportu, bo przecież zaraz zrobi się na tyle ciepło, że woda rzucona w krzaki, nie zrobi się od razu lodowata. Zamieniam się znów z radością w amatorskiego zawodowca. Ale czuję nadbagaż, który muszę rozpakować po drodze. Klawe jest to, że jedyną osobą, której muszą i chcę coś udowodnić, jest ten kędzior, którego widzę w lustrze. A jeśli mi się nie uda, bo wygra niemoc i brak chęci albo bóle nóg czy istnienia, to wrócę do swojej bardzo przyjemnej rekreacyjnej aktywności. Ale na razie czas na królewskie wyzwanie tej wiosny.
Odżywki nabyte. Waga lekko poleciała w dół. Dopiero przy szybkim bieganiu ta strata trzech kilogramów jest naprawdę odczuwalna. Wcześniej ten balast nie miał znaczenia. Zgłodniałem, przypuszczam kontrolowany szturm na lodówkę. Miłego tygodnia!
Sobota, 5/03 - pierwszy trening: 10km < 42:30 + 2km trucht. Drugi trening: 8km + 5x200m + 1km trucht. Mocno brzuch i deska klasyczna.
Niedziela, 6/03 - 17km po ok. 4:35. Długie rozciąganie.
Poniedziałek 7/03 - 15km po 4:50, swobodnie, regeneracyjnie. Po południu drążki i solanka.
Hough! Rosół
poniedziałek, 5 października 2015
MARATON NA ZDROWIE!
"Cholera, czuję się jak stary rzęch. Zżera mnie chyba korozja" - pomyślałem ponad dwa miesiące temu, gdy ze łzami w oczach od bólu Achillesów zjechałem z lasu na warsztat, czyli do domu. Po 10. kilometrze wiedziałem, że jak stanę, to będę potrzebował holownika. Nadszedł moment, w którym poddałem się i zawiesiłem do odwołania swoją (nie)sportową zasadę: "Albo ból, albo ja". Towarzyszyła mi ona od zawsze. No i zacząłem się zastanawiać, czym jest dla mnie zawsze.
Gdy miałem niespełna 10 lat zacząłem treningi piłkarskie. Wcześniej równo i miarowo obijałem piłkami porwane siatki na osiedlowych boiskach, blokowe ściany, pnie drzew i drzwi do klasy służące za bramki, kaloryfer za firanką w moim pokoju, ławki w parku. Wszystko mogło być celem, bramką, golem, zwycięstwem. Omijały mnie poważne kontuzje, ale świadomość wyniszczania organizmu codziennymi treningami, stawała się bolesną prawdą. Dziś gdy zrobiłem sportowy rachunek sumienia, gdy łupie mnie bark, naparza pęknięta łękotka i przeciążone Achillesy, rozumiem ten ból. Nawarstwił się latami, nie w dwa tygodnie. Zżyłem się z nim. Stał się towarzyszem niedoli, który biegł ze mną stopa w stopę, uśmiech w uśmiech, ramię w ramię na każdym treningu leśnym, na zawodach górskich i ulicznych. Rzadko o nim mówiłem, po prostu planowo miał minąć na trzecim czy piątym kilometrze. Bywały dni, że nie odchodził wcale. A każdego ranka, gdy na sztywnych szkitach kuśtykałem do kibelka, moja Żona z przekąsem mówiła: "Sztywne Achillesiki? Może jakiś maratonik?". No i dawałem radę aż do pewnego lipcowego poranka, gdy ból okazał się silniejszy.
Nigdy w sporcie zespołowym, a potem z przyzwyczajenia także w tym moim amatorskim indywidualnym, nie dbałem nadmiernie o siebie. Rzadko odwiedzałem masażystów, gabinety odnowy biologicznej, sporadycznie łykałem suplementy. Pomyliłem ignorowanie z ignorancją, jak ostatnio podczas komentowania meczu Premier League;) Dbałem na pewno o zdrowe odżywianie. Czasem robiłem solankę, bo była najszybsza i najprostsza. Brakowało świadomości, wcale nie bata nad tyłkiem. Ale skoro nic nie szkodziło, nie zrywało się, nie pękało, to i czujność spadała poniżej normy. Zadowalałem się krótkim rozciąganiem, wspomnianą solanką i dopisującym zdrowiem. Przez minione dwa miesiące od zjazdu na warsztat, zmieniam przyzwyczajenia. Ale nie na hura, nie zmieniłem się w hipochondryka. Krok po kroku. Odpocząłem od biegania i wcale mi go nie brakowało. Na co dzień przecież biegania w moim życiu jest pod dostatkiem: kingrunner.com, czasopismo Ultra, program "O co biega?", planszówka "Kingrunner. Wygraj maraton", expo w Warszawie, targi w Krynicy, kibicowanie na biegach, pomaganie w układaniu planów znajomym, prowadzenie zawodów dla dzieciaków czy strefy mety na Stadionie Narodowym. Mało?! Nic nie dzieje się bez powodu. gdybym biegał, pewnie nie miałbym na to czasu, chęci, sił. A tak mam. I nadal jestem częścią mojej ukochanej biegowej całości. Wczoraj przez godzinę biłem brawo uczestnikom Biegnij Warszawo. Wzmocniłem dłonie na drążki:)
Co dwa, trzy dni robię lekkie, krótkie przebieżki na osiedlowe drążki przy mojej ukochanej górce Kazoorce. W 2012 roku w ramach postanowień noworocznych napisałem, że czas nauczyć się podciągać. W biegu kupiłem drążek, zawiesiłem na parkingu podziemnym i... słomiany zapał minął. Ale teraz zawziąłem się na całego. Stąd łupanie w barku, nadwyrężyłem jakieś włókna mięśniowe. Ale przez ponad dwa miesiące uwierzyłem, że postęp dotyczy każdego, nawet takiego słabiaka jak ja. Wstyd się przyznać, ale nie umiałem się podciągać. Nie miałem sił. by dźwignąć swoje mocne i ciężkie nogi i cztery litery do góry. Teraz robię po 5 serii, ile mogę, z przerwą 90 sekund pomiędzy nimi. Do tego ćwiczenia, które nie bolą moich Achillesów: przysiady, wykroki, burpeesy, stabilizacje i inne tego typu. Uwielbiam te plenerowe siłownia, bo każdy ćwiczy we własnym rytmie i na miarę własnych możliwości. Jak z bieganiem.
Wdrażam plan reaktywacji i przede wszystkim regeneracji mojego wysłużonego organizmu. Postanowiłem pobiegać dla zdrowia, co rzadko mi się przez prawie 3 ostatnie dekady zdarzało. Zawsze była rywalizacja, teraz ma być pełna radość. Moich znajomych dziwi maraton bez mojego udziału, ale w tym roku przebiegłem przecież trzy i to w miesiąc. Tym akurat nie ma się co chwalić, bo nie było to ani heroiczne, ani rozważne. Dzisiaj zacząłem nowy tydzień od leśnej dyszki. Po miękkim podłożu. Zamówiłem nowe buty, które mogą ulżyć Achillesom (czekam na nie), zapisałem się na fizjoterapię, codziennie rozciągam ścięgna i robię ekscentrykę i wcierki. Ale to codziennie trwa za krótko, raptem parę dni. A to ma być początek długiej drogi. Mój nowy maraton w drodze do kolejnego maratonu. Na zdrowie! Hough!
wtorek, 19 maja 2015
MARATOŃSKI MIESIĄC!
fot. Alicja Niemiec
Całe zimowo – wiosenne przygotowania były nieposkładane,
poszatkowane wyjazdami i infekcjami. Sporo wirusów i bakterii przykleiło się do
mnie tej zimy. Jak już wskakiwałem na wyższe obroty, to musiałem zaciągać
hamulec ręczny. Przesuwałem start w maratonie palcem po mapie i w kalendarzu. Z
Dębna do Warszawy, a potem do Gdańska, gdzie opłaciłem wpisowe jako jeden z
pierwszych. Nadmorski bieg zaklepałem asekuracyjnie, a okazało się, że musiałem
nastawić się na niego jak na start docelowy. I tak się nastawiłem. Ale pokpiłem
pracę nad jakością. Bałem się, że zabraknie mi kilometrażu w nogach. Błąd.
Niedziela po niedzieli wyklepałem dwa dystanse królewskie z rzędu w Łodzi i
Warszawie, nieznacznie przyspieszając (3:28 Łódź, 3:22 Warszawa). O ile po
pierwszym czułem się dobrze i podtrzymałem regularność treningów, to drugi
maraton odbił się na formie. Musiałem zwolnić, odpocząć, uciekł tydzień, który
w założeniu miał być rzetelną pracą nad poprawą szybkości. Wiadomą rzeczą jest,
że nie trzeba przebiec na treningu dystansu maratonu, żeby w zawodach go
pokonać. Ja jednak podjąłem takie ryzyko, ale odczułem na własnej skórze, że
wybieganie powyżej 35 kilometrów w końcu wychodzą bokiem. Niby to tylko 7
kilometrów więcej, raptem kilkadziesiąt minut, a jednak ma wielkie znaczenie.
Do życiówki w 2013 roku popchnęły mnie wymagające biegi
zmienne, interwały, a w nich przede wszystkim sprawnie biegane dwójki, trójki i
czwórki, ponadto mocne biegi w drugim zakresie. Ratowałem się w tych przygotowaniach
podbiegami, zrywałem się do szybszego lotu raz po raz, przyspieszyłem w
ostatnich dwóch tygodniach, ale było za późno. O tym boleśnie przekonałem się w
pełnym biegu. Wystarczyło mi pary do półmetka. Do 30. kilometra miałem jeszcze
nikłe szanse na złamanie trzech godzin, ale z każdym krokiem oddalały się one ode
mnie. Aż uciekły na 7 minut i 3 sekundy. W Gdańsku nie mogłem przebić się dodatkowo
przez mocny wiatr, który był moim towarzyszem niedoli, ale zrzucanie winy na
pogodę mija się z prawdą. Gdybym był mocny i szybki to przetrwałbym, przecinał
ostre podmuchy i mknął dalej. A powstrzymywały mnie one jak dziecko.
Najważniejsze, że nie stanąłem ani razu, choć po 32.
kilometrze korciło, żeby przespacerować się kilkadziesiąt metrów. Morska bryza
na tym odcinku kusiła skręceniem na plażę i rzuceniem się na piasek. Szukałem
pretekstu, ale nie chciało mi się nawet siku, a to przecież jest alibi nie do
pogardzenia. Bolały nogi, ale co to za wymówka. Kogo nie bolą? Przecież o to w
tym biega. Przynajmniej od 25. kilometra dokręciłem materiału do programu „O co
biega?” z poręcznej kamerki, którą wcześniej porzuciłem u kolegi operatora.
Klęska to część pięknej biegowej historii każdego z nas, więc nie ma się czego
wstydzić. Nikt mi nogi nie podstawił. Zagrałem świadomie odważnie i nie dałem
rady. Łudziłem się, że dźwignę ten maraton wybieganymi kilometrami, chwilą
świeżości przed i dość mocną głową. Przeliczyłem się. Jedno wiem na pewno –
znów poznałem siebie trochę lepiej dzięki bieganiu.
fot. Mateusz Skuza
Trasa I PZU Maratonu Gdańskiego była bardzo ciekawa. Wiodła
przez Europejskie Centrum Solidarności i to dosłownie, potem Starówkę, pod
Fontanną Neptuna, przez długie gdańskie arterie, Park Nadmorski i wreszcie wokół głównego
boiska Lechii na PGE Arenie, gdzie dwa dni wcześniej komentowałem świetny mecz piłkarzy
Jerzego Brzęczka z Wisłą Kraków. Nim jednak dotarłem na zlokalizowany na
stadionie 41. kilometr, przeżywałem katusze mijając go w całej okazałości na
wiadukcie. A to było dopiero na 34 kilometrze. Czekała mnie i nas uczestników
nieznośna dokrętka, więc zanuciłem do kamerki z przekąsem popularny szlagier z
dzieciństwa: „Bursztynek, bursztynek, znalazłem go na plaży”. Ale stadion
przybliżył się w końcu. Przebieżka wokół boiska dodała skrzydeł, świeciło
słoneczko, nie wiało. Ale potem znów melodyjnie zaszumiały w głowie szanty i Klenczonowe
„10 w skali Beauforta”. Głowę trzeba czymś zajmować przez kilka godzin
przebierania nogami, zwłaszcza podczas zmagań z kryzysami. Naiwne to, ale
pomaga.
Finisz na Amber Expo to bardzo dobre rozwiązanie. Zresztą
podobnie jest w Łodzi. Meta w hali widowiskowej, wszystko pod ręką i co
najważniejsze pod dachem. Szatnie, prysznice, masaże, dekoracja, trybuny,
kibice, przyjaciele, stoiska sportowe, biegacze – wszędzie blisko, wszystko pod
ręką. Ciekawy, oryginalny medal z Neptunem ściskającym trójząb. Dobra zabawa
dla niemal 2 tysięcy uczestników. Warto dostrzec też amatorski wymiar tej
imprezy. Zabrakło na starcie wielkich nazwisk, konkurencyjnych grupek
zawodowców, czas zwycięzcy nie był z kosmosu, zakręcił się w okolicach 2:37.
Udana impreza w Gdańsku, zapraszam na relację do najbliższego odcinka „O co
biega?” już w środowy wieczór 27 maja.
Nie ma tego złego z tymi moimi maratonami, bowiem za
kilkanaście dni start w Rzeźniku Ultra. Piękna wyprawa przez Bieszczady, dystans
bagatela 135. kilometrów, czas na ukończenie biegu jedna doba. Klasyczny Bieg Rzeźnika
w parach na 80 kilometrów odbędzie się tradycyjnie po Bożym Ciele, czyli
niecały tydzień później. Start nowego rzeźnickiego ultra zaplanowany jest o
godzinie 22:00. Noc do przebiegnięcia i wspinaczki na dzień dobry i cały dzień
na do widzenia w drodze. Jednak na coś nadadzą się te trzy maratony, nawet bez
życiówki. Wytrzymałość będzie w górach w cenie, a prędkości znacznie niższe. Dlatego
leczę nogi, które wymagają naprawy. Wczoraj zrobiłem dodatkowo usg bolącego
kolana, łękotka uszkodzona przed laty, zaczęła dokuczać. Ponadto pojawiły się
jakieś niezidentyfikowane obiekty latające w jej okolicy, dlatego trzeba będzie
poprawić badanie rezonansem. Na razie myślę do przodu, choć chodzę do tyłu.
Niebawem bieszczadzka Rzeź. Hough! Rosół
poniedziałek, 11 maja 2015
POGODA DUCHA!
Został tylko tydzień. Zwariowane to były przygotowania do maratonu, którego termin przesuwałem na mapie i w kalendarzu. Życiówka miała zostać zaatakowana moimi nogami najpierw w Dębnie, potem w Warszawie, wreszcie czas na Gdańsk. Gdy spotkałem podczas OWM Jerzego Skarżyńskiego i chwilę pogadaliśmy, pierwsza jego reakcja na wiadomość o zawodach nad Bałtykiem: "Cholera, ciepło będzie."
Uwielbiam te biegowe dyskusje i obawy. Ale jakoś ten potencjalny skwar mam gdzieś. Pogoda to przygoda. Przebiegłem dwa maratony w tydzień - w Łodzi i Warszawie w tempie dla mnie konwersacyjnym. Przygotowałem głowę, której nie chcę zaprzątać sprawami ode mnie niezależnymi. Dystans królewski rozłożyłem na czynniki pierwsze. Jadę do Gdańska w piątek, komentuję mecz, sobotę spędzam na miejscu, w niedzielę lecę i nagrywam materiał do biegowego programu. Strategicznie i logistycznie jestem przygotowany. Ale czy fizycznie? Tego właśnie kruca bomba nie wiem. Paradoks. Gdy byłem świetnie wytrenowany, brakowało planowania i czasu. Wszystko wtedy robiłem po łebkach. Teraz wszystko jest poukładane, ale forma wielką niewiadomą.
Listopad i grudzień po kilku miesiącach wewnętrznej szarpaniny miałem mocne. Wbrew maratońskiej logice, ale co poradzę na to, że wtedy właśnie ustąpił kryzys. Styczeń mieszany, oparty raczej na dłuższym, wolniejszym bieganiu i domowych ćwiczeniach siły ogólnej. Luty poszatkowany chorobami. Marzec też pod znakiem wiernej i wrednej zarazem infekcji, która wyhamowywała mój impet. Wreszcie decyzje o przesunięciach z pierwszego akapitu. Maratony w Łodzi i Warszawie zaliczyłem z kamerką w dłoni, w czasie 3:28 i 3:22. Na starcie drugiego przy Stadionie Narodowym miałem zmęczone nogi, dlatego, że przed Łodzią i Warszawą naprawdę solidnie trenowałem. Jednak start w dwóch maratonach traktowanych przeze mnie jako bardzo długie wybiegania, odbił się na samopoczuciu. Za długie były to jednak treningi, żeby nie odczuć ich w kolejnym tygodniu na własnej skórze. Jeszcze w czwartek niosło mnie zgrabnie i lekko, ale od piątku zaczął się kryzys. W sobotę trochę biegania na siłę po górce Kazoorce i rower, ale w niedzielę znów dół. W poniedziałek dodatkowo zarwana noc z kaszlącą Córeczką u boku. Wreszcie we wtorek powrót do działania. Znienacka,
Test możliwości wypadł zaskakująco dobrze. Bieg w tempie 3:55 na kilometr nie bolał tak mocno. Wróciły moce i chęci. W czwartek wybieganie i podbiegi, żeby złapać więcej mocy. W niedzielę ostatni mocny akcent. Rozgrzewka 3km, ogólnorozwojówka, 4 x 1000m po 3:40, 2 x 2km po 7:30 i na koniec 1200 metrów w 4:00. Pomiędzy interwałami bieg w czasie 4:50. Na koniec 2km schłodzenia. Pękły dwie dyszki. Nogi były lekkie, musiałem się hamować, bo kusiło, żeby docisnąć mocniej. Rozsądek zwyciężył. To też nowe doświadczenie i odczucie. Postanowiłem zostać mistrzem w zawodach, nie na treningu.
Od rana zastanawiam się jak rozegrać ten tydzień treningowo. Plan podróży wytyczony. Dietę tym razem odstawiam. Wcześniej przed startami odcinałem węglowodany do środy włącznie, nawet do czwartkowego świtu, a dopiero po lekkich 10 km rano, wcinałem z apetytem maratońskie śniadanie ładowałem węglowodany. Przez cztery dni codziennie na śniadanie zjadam dwie bułeczki z masłem i dżemem / miodem, kawa, herbata, banan. Organizm przyzwyczaja się do smaków i produktów, żeby uniknąć rewolucji. Zmiana proporcji z tłuszczów na węgle napycha mięśnie glikogenem. Ta dieta nie działała na mnie źle, więc uważałem, że warto ją stosować. Tym razem zwiększę po prostu od czwartku spożycie makaronów, kasz i naleśników, ale z umiarem, żeby za mocno nie przybrać na wadze. Lżejszy biegacz, szybszy biegacz. Niby kawał drogi do pokonania, a tyle drobiazgów do sprzężenia.
Rozpisuję przede wszystkim treningi na ten tydzień. Chyba tym razem zaufam z małymi korektami Jackowi Danielsowi (temu biegowemu:). Dziś 15km rozbiegania i PBG (pompki, brzuszki, grzbiety). Rozciąganie. Jutro lub w środę 5km w tempie maratonu, żeby poczuć co mnie czeka i jak reaguję na bieg z taką prędkością. Utwierdzenie się w przekonaniu, że mogę. Porządna rozgrzewka i schłodzenie. Potem już lekkie, coraz krótsze biegi z przebieżki. Codzienne drzemki, jeśli uda się znaleźć godzinkę w ciągu dnia. Piątek wolny, piłkarski wieczór. Sobota rozruch, odbiór pakietu, wizualizacja, odpoczynek, magazynowanie energii. Niedziela ogień. Na pewno dobry sen w pakiecie oraz jedzenie zdrowe i z umiarem przez cały tydzień. Zasypianie z Córką zawsze jest takie przyjemne w tym ostatnim maratońskim tygodniu. Zero wyrzutów sumienia, że coś w życiu ucieka, że kimanie od 20:30 to obciach. Przyjemność i biegowe spełnienie ma nadejść przecież dopiero w niedzielne południe. Strój przygotowany, sprawdzony. Zdrowie pod kontrolą, choć pogoda zdradliwa. O, znów o pogodzie. Ech, te biegowe obawy. Hough! Rosół
Subskrybuj:
Posty (Atom)












