czwartek, 9 stycznia 2014

UMIAR Z UMIAREM!

Dopadło mnie lekkie zmęczenie. Postawiłem więc na człapanie, żeby wymasować w ruchu mięśnie. Wycelowałem w leśną dziesiątkę i trafiłem w sedno. Zastosowałem dzisiaj zasadę Deana Karnazesa: „daj z siebie wszystko i trochę więcej”. Na razie w stadium nierozwiniętym do wymiarów napierania na granicy możliwości i przesuwania granic. Pojawiło się w moim biegowym słowniku słowo umiar. Ale bez przesady, używam go z …umiarem.

Książka Deana Karnazesa pod mało zawiłym tytułem „Ultramaratończyk” wchodzi lekko. Nie jest długa, uważam, że jak na ultrasa nawet krótka. Ale dla czytelnika w sam raz, żeby zarazić się długim bieganiem. A może nawet bieganiem w ogóle. Sam jakoś o amerykańskim Greku myślałem niezbyt pozytywnie, chyba mocno zniechęcił mnie do niego Caballo Blanco w „Urodzonych biegaczach”. Odrzuciłem uprzedzenia w przedbiegach i dobrze na tym wyszedłem. Nie będę streszczał historii zawartej w książce, nie znoszę recenzji, które opowiadają fabułę poza tym kto zabił. Karnazes nie leje wody, nie odpływa nadmiernie w ubóstwianiu swoich osiągnięć, nie przegląda się w lusterku. Pokazuje siebie jako człowieka, pracownika, ojca, brata, męża, kumpla, biegacza. Jako jednego z nas. Wstaje na długie wybieganie o czwartej, żeby „normalnie” działać w roboczym dniu. Nie ucieka przed życiem, nie stroni od wyzwań codzienności. Przynajmniej taki obraz podaje w książce. Kocha Żonę, szaleje z Dzieciakami, odzyskał więź z Rodzicami poprzez bieganie.

Mnie zaciekawiło jak się żywi. Po przeczytaniu wywiadu na końcu książki wreszcie podjąłem wiążącą decyzję o odstawieniu cukru i niezdrowych tłuszczów. Ograniczyłem też spożycie mącznych i nabiałowych dań, choć raz na jakiś czas naleśników sobie nie odmówię, haha. Wszystko bez ortodoksyjnej przesady, na próbę, na pewno nie podczas zawodów i bez odlotów. Nie wyobrażałem sobie kawy z mlekiem bez cukru, a po paru dniach wcale mi go w niej nie brakuje. Już 4 lata nie jem mięsa i na rybnych specjałach czuję się znakomicie. Weganizm Scotta Jurka pojawia się w moim miesięcznym menu sporadycznie, za dużo z tym zachodu. Ale podejście Karnazesa po własnym lekkim liftingu wpasowuje się w mój biegowy i żywieniowy światopogląd.

Teraz biorę na tapetę książkę Richada Askwitha „Feet in the clouds”. Po kilkunastu stronach znalazłem cytat, który mnie zachwycił: „Above all, keep on top. For the one immutable rule when man an mountains meet is this: that either man or mountain must be In charge. They cannot both be master.” Hough! Rosół

TRENING: 10 km po 5'/km. Solidne PBG - 230 brzuszków, 120 pompek, 4 deski po minucie każda. Wymachy, rozciąganie, wcierka dwuścięgnista.

środa, 8 stycznia 2014

BALONIK Z HELEM!

Mama Forresta miała rację: „Życie jest jak pudełko czekoladek, nigdy nie wiesz co ci się trafi”. Dzisiaj grałem ze sobą w bierki. Odkładałem wybieg z domu. Grzebałem bezmyślnie w pudełku czekoladek. Wybrzydzałem. Kombinowałem, że może Kumpel po południu będzie wracał biegiem z pracy, a ja wyruszę na spotkanie w pół drogi. W końcu trafiłem na swoją czekoladkę i poleciałem do lasu. Wcześniej przeanalizowałem zeszłoroczny plan biegowy, ale ubrany w słowa i liczby dopiero od 13 stycznia, wcześniej widocznie wdrażałem się biegając nie więcej niż dyszkę z lekkimi podbiegami lub przebieżkami. Tak to pamiętam.

I znów niespodzianka. Nie zdarzyłaby się, gdybym nie zebrał się w danym momencie. Na drugim kilometrze spotkałem kolejnego znajomego triathlonistę. Wczoraj Łukasz dzisiaj Maciek. Maciek biegł ze swoim biegowym wsparciem w osobie trenerki Ani. Dla niego w tri to bieganie jest zmorą. Pływa genialnie, to trenował w dzieciństwie. Rower też ma mocny, ale ostatni etap najczęściej szwankuje. Zamierza zaatakować dystans ironman, gdy złamie 4h30min w połówce irona. To jakaś teoretyczna gwarancja jednocyfrówki na pełnym dystansie. Trochę jak 1h25min w półmaratonie w odniesieniu do dystansu królewskiego.

Dość sprawnie uśredniliśmy tempo i tyralierą przemierzaliśmy las w lekkim deszczu. Pogadaliśmy o wodzie i lądzie, planach, życiówkach, rezerwach, treningu. Standardowe biegowe gadki szmatki. W okamgnieniu minęły 4 wspólne kilometry. Oni zostali na rozciąganie, ja pomknąłem dalej. Nie zwolniłem zanadto, poniosło mnie szybciej niż zakładałem. Ale spotkanie i pogaduchy z biegową kompanią wprawiły mnie znakomity nastrój i równy rytm. Nogi jednak bolą. Sól się przyda. Długi streczing wieczorem to konieczność.

Właśnie obejrzałem „Sugar mana”. Wiem, wszyscy już widzieli. Czuję się jak balonik z helem. Jeden cytat patrząc na pomerdaną historię życia i twórczości Sixto Rodrigueza (bez względu czy to pełna prawda, czy lekko ponaciągana) wbił mnie w fotel i zarazem z niego wystrzelił. Akurat na te słowa, prawdziwość wszystkich zawartych i pominiętych w filmie wątków, nie ma wpływu. „Marzenia legły w gruzach, ale duch przetrwał”. Zastosuję do własnego biegania z dożywotnim terminem przydatności do spożycia. Hough! Rosół

TRENING: 14 km po 4:40, ekscentryka i wymachy nóg, solanka, rozciąganie. Bez PBG.

wtorek, 7 stycznia 2014

POGODA DLA BOGACZY!

Tfu, pogoda dla biegaczy! Można dostać lekkiego szoku przy nastu stopniach w słońcu. Las był oświetlony w samo południe przepięknie, gdzieniegdzie lekkie błotko, ścieżki wypełnione kompanią matek z wózkami, emerytów z kijkami, biegaczy, nordic walkerów, rowerzystów, zakochanych. Ale bez tłoku, z umiarem. Wbiegłem dynamicznie i nabierałem rozpędu. Na drugim kilometrze wpadłem na Kumpla triathlonistę. Skończył podbiegi, pociągnąłem go na chwilę pogawędki wśród lekko urywanych tempem słów i zdań. Po rozstaniu dalej dokręcałem śrubkę w miarę możliwości, włączyłem klimatyzację (zdjąłem rękawiczki) i uchyliłem szybę (suwak kurtki). Cabrio sobie odpuściłem, czyli czapka została na głowie, bo jak mawiała Babcia o takich pogodowych dziwadłach: „zdradliwa pogoda!”.

Czekam na zimę, słowo. Cieszę się każdym wiosennym porankiem, każdym suchym i ciepłym przebiegiem, ale teraz powinien być mróz i śnieg. Co mi po cudnej aurze w styczniu, gdy w kwietniu przed maratonem będę musiał dusić przyspieszenia w kopnym śniegu, mijając wielkanocne zające zamiast bałwanów. Chociaż dla mnie, czyli kogoś kto usilnie i całym serduchem chce wrócić do regularnego biegania, taka pogoda to cud, choć wybryk natury. Potem już powinienem być nie do ruszenia w biegowej zapiekłości i miłości, haha. Zimo drżyj! Przynajmniej krystalizuje mi się już teraz plan na ten biegowy 2014 rok.

„Po pierwsze primo”: wyleczyć Achille, ale w biegu! Ekscentryka, wcierki, rozciąganie. Krótsze latanie, ale dużo więcej jakości i siły ogólnej. Pompki, brzuszki, grzbiety to niby moja norma, muszę wymóc na sobie na pewno rzetelność, ale beret, stabilizacja, drążek, piłka lekarska i deski różnego rodzaju, to już wymaga zawziętości, której ostatnio mi brakowało. Do tego wzmacnianie łydek i stawów skokowych, żeby odciążyć ścięgna.

„Po drugie primo”: nabiegać życiówkę w maratonie wykorzystując ubiegłoroczny plan. Zostały rezerwy, bo nie wykonałem go perfekcyjnie. Trochę wskutek złej zimy, a trochę z niemocy mentalnej własnej. A plan był dla mnie jak pantofelek dla Kopciuszka. Ideał. Ale wymagający i trudny. Liczę, że wzmocniony „pierwszym primo”, łatwiej zabiegam siebie podczas „drugiego primo”.

„Po trzecie primo ultimo”: Lavaredo Trail w Dolomitach pod koniec czerwca połączone z wakacjami brzmi kapitalnie już na samą myśl. A wcześniej Rzeźnik jako górskie przetarcie i na deser może jesienny Spartathlon. Nie wiem jak z regulaminem i biegami kwalifikacyjnymi. Obawiam się, że moje uległy przedawnieniu, a lecieć setkę na dziko nie byłoby zbyt rozsądnie. Zaburzę wtedy maratoński albo górski rytm. Śladami Filipidesa zawsze zdążę ruszyć. Jak się uda w tym roku, będzie klawo, jak nie, to na pewno coś ciekawego w zamian się znajdzie. Może 7 Dolin?

PS. Przeczytałem właśnie książkę Deana Karnazesa "Ultramaratończyk". Jutro skrobnę coś o niej. Jeszcze ją trawię. Hough! Rosół

TRENING: ok. 14 km = 1 km swobodnie + 8 km BNP + 1 km swobodnie + 6 x 250m-300m mocne przebieżki + 1,5 km trucht. Rozciąganie, PBG po byku 4 serie, a wieczorem masaż do bólu ścięgien.

niedziela, 5 stycznia 2014

CZAS NIERÓWNOŚCI!

Warmiński weekend trwa, ale towarzysko, bo treningowo już się skończył. Po prostu kilkanaście minut przed 9:00 mogłem sobie w niedzielny, szary, deszczowy ranek triumfalnie powiedzieć: „trening skończony, dzień zaliczony”. Na szczęście przede mną cały siódmy dzień tygodnia w miejscu, gdzie czas płynie jak łódka w sushi barze. Powolutku, czekając aż jakiś szczęśliwiec ją złowi wyciągnięciem ręki, kusząc głodnych wrażeń obżartuchów. Wiem, odpłynąłem... Ale usprawiedliwiam się i napawam pierwszym od dawna mocno przepracowanym biegowym tygodniem.

W sobotę ciężko było poderwać się z łóżka, ale po śniadaniu ruszyłem na mocny trening. W założeniach nieokreślony, wstępnie cross po warmińskich ścieżkach i wioskach. Pierwsze kroki zapowiadały skracanie, zmienianie, jednym słowem wymiękanie. Ale nagle włączył się ambit. Achillesy rozkręcały się jak zardzewiałe śruby, stwierdziłem, że wynagrodzę im ten biegowy gwałt, długim wieczornym masażem. Niestety do łez ich właściciela, czyli moich.
Trasa była piękna, zwłaszcza szutrowa droga przez las w stronę Gamerek mogłaby się nigdy nie kończyć. Słońce ostro wbijało się między gęsto usiane pnie drzew i oświetlało pasmami moją drogę. Szybko zdjąłem rękawiczki, bo mocne tempo rozgrzało mnie błyskawicznie. Trochę więcej biegłem w dół niż pod górę, ale wiedziałem, że szybkie zbiegi będą bolały podwójnie przy zamykaniu pętli wzdłuż szosy. Tam czekało sporo długich, kilkusetmetrowych podbiegów. Jednak wpadłem w trans, cały czas przyspieszałem. Kilkaset metrów przed moją metą napotkałem Przyjaciół i Rodzinkę na spacerze. Przy nich skończyłem moją trailową jedenastkę na wysokich obrotach. Złapałem oddech, trucht mnie schłodził, ćwiczenia ogólnorozwojowe dopełniły całości treningu. Klasa! Takich trenigów jak crossy, płaskie szybkie biegi, Kazoorka potrzebuję, żeby przepychać swój pułap. To walka w głowie, której do tej pory nie umiałem wygrywać. Żaden interwał mnie tego nie nauczy, żaden mi tego nie zastąpi.

Dziś wstałem przed wszystkimi. Paradoksalnie miałem większą ochotę na wybieganie, mimo fatalnej pogody. O słońcu wszyscy zapomnieli, jakby go dzień wcześniej nie było. Smutne niebo, deszcz i watr. Poleciałem drogą do Jonkowa i z powrotem. Wyszło 16 kaemów, może ciut więcej. Pierwsza połowa swobodnie, w drugiej przyspieszyłem. W końcu zawsze szybciej się wraca Przed śniadaniem byłem już rozciągnięty i głodny jak wilk. Zjadłem, banana, 3 jaja na twardo z majonezem, 5 kanapek z serem i pomidorem i michę owsianki z siemieniem, bananami, jabłkiem i konfiturą malinową. Kawa, herbata, woda. Pękam w szwach. Nagroda się należała! Hough! Rosół

TRENING SB: 12 km cross, tempo dość mocne, około 51-52 minut. Ogólnorozwojówka, streczing. Wieczorem masaż z wyciskaniem Achillesów. Masakra!
TRENING ND: 16 km wybieganie – od 5’ do 4’30 i szybciej na zbiegach. Rozciąganie. Potem PBG, chyba…;)

piątek, 3 stycznia 2014

SIŁA SOLANKI!

Dziś nadeszło wolne! Pozytywna reakcja organizmu i głowy na 5 kolejnych dni biegania, bo… chciałem znowu, ale ściągnąłem lejce. Postawiłem na ogólnie rozumianą siłę ogólną. Najpierw o świcie przytargałem wielką torbę z zakupami. Ale nie najzwyczajniej w świecie, ot tak, jak się nosi siaty, ale wykonując z nią ćwiczenia. Prawa, lewa ręka, unoszenie ramion, nadgarstków, tricepsów, potem oburącz przed sobą z podnoszeniem, a wszystko w sprawnym marszu. Kilkaset metrów minęło jak z płatka, a ja byłem spocony jak po saunie, bo zakupy pieruńsko ciężkie. Ale grunt to dobra torba, haha! Ja mam taką mocną bawełnianą, pojemną, można w nią napakować sporo produktów, z długimi uszami, więc można je dowolnie chwycić. Niezadowolona jest Żona, bo to jakaś nietania zdobycz z Londynu… Sic!

W domu brzuszki ze stabilizacyjnym beretem mocno ściskanym kolanami, przeplatane seriami deski. Pięć podwójnych ćwiczeń dało mi ostro w kość, wanna w tym czasie wypełniła się wodą z dwoma kilogramami soli kuchennej i jakimiś dziwnymi płynami – pianami podkradzionymi Córce. Marysia spała, Kasia wyszła do lekarza, a ja 25 minut moczyłem się, zażywając domowej, najprostszej odnowy biologicznej. Jeszcze nie ma południa, a ja już czuję jak dopada mnie błogie zmęczenie. Teraz ma swoją chwilę. Ma jednak czas tylko do jutra rana, bo warmińskie trakty czekają na mnie. Juhhhuuu! W drogę! Hough! Rosół

czwartek, 2 stycznia 2014

BIEGOWA ZWROTNICA!

Biegałem 4 dni z rzędu, ale było mi mało. Kusiło zrobienie dnia wolnego, zaleganie na kanapie, bezruch. Sprzyjające były też okoliczności, bo Marysia nie poszła do przedszkola, a miała kryzys dnia drugiego po emocjach sylwestrowych. Przespała noc, a potem ucięła dwie dodatkowe drzemki, właściwie nie opuściła kanapy. Mnie też solidnie muliło, więc żeby nie paść na twarz koło niej, wyszukiwałem sobie drobne zajęcia. Poczytałem też „Ultramaratończyka”. Na razie utkwiło mi w pamięci jedno stwierdzenie: „daj z siebie wszystko i jeszcze więcej”. W tym szaleństwie jest metoda – jak mawiał Kumoter Szyszkownik Kilkujadek w „Kingsajzie”. No więc nie poddałem się tylko dałem z siebie więcej. Wyruszyłem wieczorem na uliczne wybieganie.

Zaplanowałem 75 minut swobodnego biegu i słowa dotrzymałem. Nie mam pulsometru ani „dżipiesa”, więc na czuja oceniam dystans na 15 kaemów z hakiem. Może 16 km, ale nie więcej. Tempo na pewno było w granicach 4:45 – 4:55. Do tego kilka przestojów na światłach, zgubiona droga i jak w ciuciubabce bieg po ciemaku przez jakieś chaszcze. Powietrze przyjemnie filtrowało płuca, nie wstrzymywał mnie żaden wiatr, chodniki były puste. To był pierwszy od dawna betonowy bieg, wcześniej tylko leśne ostępy i dzień wcześniej górka. Właśnie w Nowy Rok tak dziarsko ganiałem po Kazoorce, że musiałem to poczuć. Mięśnie ud w każdym kroku i z każdej strony wspominały mój trailowy trening.

Ale z niego właśnie wczoraj urodził się plan na końcówkę czerwca. Lavaredo Ultra Trail w Dolomitach. Jedzie tam, przynajmniej w planach, bo losowanie dopiero w połowie lutego, kilkoro znajomych. W tym pakiecie jest przemiła polska rodzinka, którą poznałem, gdy pojechałem w 2011 roku na TDS do Chamonix. Oni się wspinali z małym synkiem w wielkim plecaku, a ja szykowałem w namiocie do 120 kaemów przez Alpy. Zarażaliśmy się wzajemnie. Oni mnie umiłowaniem gór, ja biegową pasją. Magia działa, oboje biegają trailowo, Piotr przebiegł rok po roku TDS i UTMB, Asia mierzy w Lavaredo. Mieszkają w Anglii, tam też jest sporo ambitnych biegów. Ostatnio będąc w Londynie kupiłem czasopismo Ultra Running, dużo ciekawostek. Czas wyruszyć na jakiś bieg właśnie do UK.

A dziś rodzinna weekendowa wyprawa na Warmię, a tam wybiegania w pofałdowanym terenie. Pamiętam zeszłoroczne kilometrówki, zawziąłem się, że nie zwolnię nawet na podbiegach. Bolało jak nigdy. Tym razem aż tak ostro nie będzie. Trzeba zacząć sensowne przygotowania pod Lavaredo! A przyda się też do płaskiego wiosennego maratonu. Hough! Rosół

TRENING: 15km po 4:50, 4 serie PBG + piłka lekarska, rozciąganie z naciskiem na Achille i łydki, delikatnie czworogłowe.

środa, 1 stycznia 2014

DWUCYFRÓWKA!

Po Sylwestrowej domówce z dzieciakami, po krótkim śnie, przyszedł wczesnym popołudniem, gdy Żona wróciła z pracy (radio gra!) i ruszyła z Marysią w odwiedziny do Babci, czas na noworoczny trening. Miałem zaatakować Górkę Kazoorkę. Moim celem było 10 pętel, tego pułapu nigdy nie osiągnąłem. Sam się zastanawiam czemu? W sumie wielkich powodów nie ma. Pewnie, bo byłem podmęczony albo tak sobie wmawiałem, bo za szybko atakowałem początkowe pętle i nie starczało mi pary na więcej, bo zwyczajnie się poddawałem i zadowalałem załóżmy siedmioma, max dziewięcioma. Dwucyfrówka pozostała nienaruszona.

Ale tym razem postanowiłem zetrzeć się z lokalną śmieciową górką bez względu na pogodę, porę dnia, mój stan. To w końcu moja namiastka górskich szlaków, na których jeszcze nigdy nie powalczyłem jakbym chciał.

Okoliczności były sprzyjające. Bezdeszczowo, raczej bezwietrznie, „bezbłotnie”. 10 minut rozbiegania i ognia! Każda pętla, mniej lub więcej, bo urozmaicam sobie miejsca wbiegów i zbiegów, zajmuje mi średnio 5 minut. Bez zatrzymania, jednym ciągiem, z narastającym tempem, do ustrzelenia dychy. Kazoorka była oblegana po Sylwestrowej nocy i jak zawsze zaśmiecona. Tym razem ponadnormatywnie. Butelki po tandetnych winach musujących, odpalone fajerwerki, sporo szkieł i papierzysk. Polski po-imprezowy standard. Mnie niosło z uśmiechem, zawsze w truchcie w górę i za każdym razem coraz szybciej w dół. Mijałem rodzinki z dziećmi i psami, rowerzystów górskich, zmęczone nocnymi hulankami ekipy wdrapujące się i podziwiające widoki z grzbietu górki. Każdy w swoim świecie. Jedno zawahanie miałem po piątej pętli, potem napierałem bez szukania tanich wymówek i usprawiedliwień. Kilka minut truchtu dopełniło całości. W sumie 20 pobiegów, masa muldowych przelotów i 20 zbiegów, a wszystko w niecałe 50 minut.

Wrzuciłem dziś na stopy nowe buty - Nike Zoom Terra Kiger, spisały się kapitalnie, aż mnie zamurowało, bo myślałem, że szału nie będzie. Nie zapeszam, bo to pierwszy nasz wspólny trening. Ciepła kąpiel, rozciąganie Achillesów, mocna wcierka rozgrzewająca ścięgien i herbata z miodem. Czas na obiad i na pracę (piłka gra!). Miłe noworoczne biegowe spełnienie. Hough! Rosół