sobota, 19 kwietnia 2014

PRZEPROWADZKA!

Hej. Dostałem kwaterunek w większym mieszkaniu:) Przenoszę się tu: http://rossbieg.przegladsportowy.pl/

PS. Nie wiem czy będzie wygodniej, na pewno wpadnie więcej gości. Zamierzam jednak pozostać takim samym gospodarzem;)
Wesołego jajka! Spokoju i uśmiechu codziennie i od święta.
Hough! Rosół

sobota, 5 kwietnia 2014

LICHO NIE ŚPI!

No i licho palnęło mnie. Nie ma wyjazdu, nie ma meczu, nie ma odwiedzin u Przyjaciela, nie ma biegu. Straciłem 70 złociszy. Zdycham w wyrze. Rozpakowuję prezencik od Córeczki - pięknego wirusa. Trzeba to przetrwać. Hough! Rosół

piątek, 4 kwietnia 2014

PAL LICHO!

Dopadło mnie, słabość jakaś. Najpierw zrobiłem dwa dni wolnego. Poniedziałek bardziej rowerowy, wtorek wolny zupełnie. Siedziałem w domu z Marysią, bo się rozchorowała. Niby nic poważnego, ale po wizycie u lekarza, wskazanie do domatorstwa było jednoznaczne. A skoro Maria to i ja. Mój tydzień pracowy ułożył się idealnie pod chorobę najmłodszego domownika. Musiałem jednak coś od Niej przechwycić w locie podczas parskania, prychania i dmuchania małego kinola, wspólnego spania, gdy rozwijał się wirus. Jakieś licho mnie kręci złośliwie. Dyskretnie, upierdliwie, przeciągle.

Miałem jednak sporo spraw, które musiałem załatwiać zdalnie. Pobiegałem tylko w środę o świcie, ale czułem w klacie i gardle to wirusowe licho. Tempo było sprawne, w okolicach 4:30 na kilometr, dystans 14 km plus jeszcze jeden, ale już w truchcie. PBG odłożyłem na później, czyli na w ogóle. W czwartek utknąłem w dresie i białych skarpetkach na kanapie. Old school. Marysia obok. Przyszedł dzień krytycznego nieróbstwa (tylko biegowego!), dzień chorobowego kryzysu. I nawet nie chodzi o nastrój i samopoczucie, bo tutaj była u Mysi poprawa, lecz o spowolnienie, rozstrojenie, znużenie oglądaniem skrawka niebieskiego nieba przez okno. Ale na zewnątrz nie było ciepło. Zdradliwy chłód nabiera teraz takich klientów jak my i wpycha ich z przeziębieniami do łóżek. Słoneczko kusi zdjęciem kurtki, a przeszywający wiaterek zbiera swoje żniwo. Leżymy więc jak te dwa snopki.

W czwartek miałem robić superkompensację pod półmaraton. Tysiączki na przemian z osiemsetkami. Nic z tego. PBG drapało po głowie, ale skutecznie zbyłem te natręctwa treningowe. Setka maili, smsów, przelewów w mikście z zabawami, wygłupami, śpiewaniem, tańcami i oglądaniem bajek. Zderzenia świata dziecka ze światem dorosłego w czterech ścianach. Chwilę wytchnienia przyniosła wizyta Cioci Bożki, która podrzuciła dla Marysi na obiad klopsiki. Kasia wróciła dopiero późnym popołudniem. Z przyjemnością poszedłem z Tulką na spacer. Chłonąłem wiaterek, dopadłem Kumpla i gadałem jak nakręcony. Musiałem skumulowane z kilku dni informacje wywalić z siebie. Jakoś przetrwał.

Zasnąłem na kanapie, przebudziłem się, oglądałem dalej bezmyślnie jakiś film od środka. Uporczywie szukałem zakodowanego w pamięci super hitu, choć nie pamiętałem pod jakim tytułem. Utkwiła mi tylko godzina rozpoczęcia – 22:50. I wydawało mi się, że z Meg Ryan. Wypstrykałem na pilocie kilka okrążeń po programach w tę i z powrotem, ale nic nie znalazłem. Chyba mi się przyśniło. Nieźle. Porucznik Borewicz przypomniał mi moje dzieciństwo. Też pewnie tak tkwiłem w domu jak teraz Marysieńka i ciągnąłem na mieliznę rodziców, którzy musieli ze mną przesiadywać na zwolnieniu. Tak to się kręci. Przypomni sobie wół, jak cielęciem był.

Zwlokłem się z łóżka 6:25, bez budzika, po prostu. Chęci na bieganie w skali do 10 oceniłem na naciągane 2. Ale jak usiadłem na kanapie i spojrzałem na ekspres do kawy, to przemogłem niemoc. Kawa miała być nagrodą. Wskoczyłem w biegowe ciuchy i zabrałem Tulkę na przebieżkę. Nie było łatwo. Coś we mnie siedzi i żeruje na moim organizmie. Wróciłem po dziesięciu kilometrach i od razu rozłożyłem matę, podpórki, ufo i piłkę lekarską. Od PBG nie było tym razem odwrotu. Machnąłem 4 serie, wciągnąłem pyszną owsiankę (woda, płatki owsiane i żytnie, chia, goji, siemię, banan, miód lipowy na koniec, gdy przestygła) i czekam na rozwój wypadków. W domku, z Marysią, ale dzisiaj podmieni mnie Babcia. Sprawy czekają na załatwienie. Rower aż się pali do jazdy, torba pęka w szwach od papierzysk przeróżnych. U mnie entuzjazm mniejszy niż w rowerze, bo... coś we mnie siedzi… Kie licho?!

Niedzielna życiówka w półmaratonie, czyli bieg poniżej 1h20min10sek, w tempie po najwyżej 3:45 na kilometr, wisi na włosku. Spróbować zawsze warto. Może luzik to najlepszy trening przed startem? Musiałem się wygadać. Hasło na poznańskie zawody: „Pal licho!” Hough! Rosół

poniedziałek, 31 marca 2014

PRZETARCIE!

W niedzielę stanąłem na starcie 9. PZU Pólmaratonu Warszawskiego. Dotarłem pod linię startową przed godziną dziewiątą. Wstałem o piątej, czyli o czwartej, po zmianie czasu z zimowego na letni. Miałem w programie prowadzenie konferansjerki dla „Fundacji MW” Marka Troniny. Sprawy organizacyjne dla biegaczy, kompendium wiedzy o faworytach, ciekawostki dla amatorów, jakieś drobne porady, przypominajki i zagrzewanie do walki. A potem dopiero, po wszystkich mój własny start.

Godzina gadania prysnęła niezauważalnie i moment do biegu nadeszedł błyskawicznie. Liczba uczestników zapełniała dwie nitki mostu Poniatowskiego aż do ronda Waszyngtona. Morze biegaczy i piękna pogoda. Niby bardzo słonecznie, a jednak temperatura nie była wiosennie wysoka. Dobre warunki do biegania. I dla faworytów, którzy chcieli i pobili rekordy trasy, dla biegaczy, którzy chcieli poprawić życiówki, także dla debiutantów na połowie królewskiego dystansu czy dla tych, którzy chcieli zwyczajnie zwiedzić w biegu Warszawę i naładować się endorfinami. Ja wystartowałem jako ostatni.

Goniłem jak mogłem, ale bez przesady. Moją życiówkę zaatakuję w najbliższą niedzielę w Poznaniu. Wtedy stanę tuż za elitą, żeby mieć czystą trasę i głowę. To był niezły trening, pierwszy tegoroczny zorganizowany uliczny start i przedsmak tego co czeka mnie 6 kwietnia. Poczułem swoje odbicie na asfalcie, nowe buty startowe, magię tłumu, który popycha do przodu. Czasem zbawiennie, czasem złowieszczo, dlatego nie można się zapomnieć. Odzyskałem nawyki ulicznego biegania, kontrolę czasu ze stopera, które to przyzwyczajenia po zimie uległy hibernacji.

Mój czas netto 1h30min11sek. A brutto 1h49min18sek. Sadzę, że kluczeniem pomiędzy zawodnikami, których mijałem, braniem zakrętów najszerszymi, najluźniejszymi łukami, łapaniem krawężników i pobocza wyrobiłem dystans ponadnormatywnie. Ale czas końcowy nie grał roli. Nie ścigałem się, więc mijanie ponad siedmiu tysięcy uczestników nie podbijało mi nerwowo tętna. Całą drogę towarzyszył mi uśmiech i energia, które nie opuściły mnie do wieczora. Po biegu zjadłem mały placek z rozmarynem i oliwą, popiłem piwkiem bezalkoholowym pszenicznym, wchłonąłem banana i pojechałem rowerem do pracy w tę i z powrotem. A wieczorem na kanapie pogadałem z Kasią, zjadłem przepyszną sałatkę spod jej ręki z rucolą, gruszką, winogronami, serem, orzeszkami w miodzie i kapitalnym sosem, a potem odcięło mi prąd. Zasłużyłem! Dzisiaj odpoczynek. Tylko od biegania oczywiście.

Cały ubiegły tydzień był pięciotreningowy, od środy do niedzieli. Treningi były krótkie, ale szybkie. Dwa z narastającą prędkością, trzeci z mocnymi przebieżkami, dwa ciągłe biegi. Do tego 3 razy PBG. Bez wstydu. Hough! Rosół

TRENING = 21km w 1h30min11sek + rower!

czwartek, 27 marca 2014

BLOTKI i FIGURY!

Wpadłem w wir. Codziennie wypisuję sobie w notesiku – robię tak od lat, więc w kolejnym notesiku – listę spraw do załatwienia. Mikstura rzeczy ważnych i błahostek. Talia kart z figurami i blotkami. Stary notesik zapisałem do ostatniej kartki, każdy margines zapełniłem literkami. No, było też kilka rysunków Maryśki, gdy zostawiłem mój tajny czarny mały zestaw z długopisem na stole. Szlaczki przez kilka stron, jakiś stworek, dwie buzie, balonik, serduszko. Wszystko porozrzucane na dalszych stronach. Uśmiałem się, chociaż nie lubię jak mi ktoś bazgroli w moim notesie. Marysia w drodze wyjątku może. Ale od tamtej pory raczej kładę „my precious” na wyższych pułapach poza zasięgiem sprytnych łapek.

Wtedy myślałem sobie, eee, tam, zanim dotrę do tych sztuk Marysinych minie kilka miesięcy. No i minęło. Mam więc nowy notesik, tym razem w niebieskim kolorze. Zdradziłem ulubioną firmę Ernesta Hemingway’a na rzecz niemieckiego odpowiednika. W sumie to samo. Twarda oprawa, rozmiar ten sam, kartki ecru w cieniutkie linie. Strony zapełniają się błyskawicznie. Lista spraw, choć pcham swoje domino każdego dnia, wcale nie topnieje. Wczoraj dwie kartki pożarło przygotowanie się do wywiadu 1na1 z Inakim Astizem, no i trzecią regularnie lista spraw na THU, 27th March 2014:). Taki jest nagłówek zmiennie niezmienny na każdej nowej stronie.

Dzieje się. Wciskam więc w ten napięty grafik treningi. Ten tydzień będzie tylko z pięcioma, kilometraż nie powali. Ale wykonam mniej w większym tempie. W środę i czwartek postawiłem na dwunastokilometrowe biegi z narastającą prędkością. W środę od 4:40 do 4:10, w czwartek od 4:35 do 3:35. Zrobiłem po łebkach PBG i do roboty. Zmęczenie się nawarstwia, ale przynajmniej po dwóch dniach wolnego ostry ból Achillesów ustąpił regularnemu. Poprawa. Już nie rozciągam nadmiernie. Lekko, z wyczuciem, potem wcierka.

Dzisiaj też dwunastka, ale wolna, może przegonię Tulkę po łące, a jutro podobnie, ale z przebieżkami. W niedzielę będę prowadził strefę startu Półmaratonu Warszawskiego, a potem wskakuję jako ostatni uczestnik na trasę i gonię pozostałych. Bez szarżowania, bo życiówkę zamierzam bić tydzień później w Poznaniu. W sobotę znów ucieknie godzinka snu, ale tym razem wszystkim jednakowo, bo zmieniamy czas na letni. Trzeba uważać, żeby się wszędzie nie spóźniać w niedzielę od bladego świtu. Zapiszę to już dziś w notesiku;) FRI, 28th March 2014:)... Hough! Rosół

PS. Wróciłem, czternastkę z hakiem poniżej 4:40 ustrzeliłem, wiosną się zachwyciłem, cześć, bo do pracy właśnie wybyłem:)

wtorek, 25 marca 2014

ZMIANY DLA ODMIANY!

Nim jednak nadeszły, najpierw przyszło zmęczenie materiału. I nawet piwko pszeniczne bezalkoholowe tego stanu nie jest w stanie odmienić. Drugi dzień odpoczywam.

Po czwartkowej Kazoorce przyszła piątkowa przebieżka z Tulką. Psinka straciła formę przez zimowe nieróbstwo i szwy na łapie. Po wspólnych siedmiu kilometrach wycieńczona padła na podmokłym polu, a ja zrobiłem wzdłuż jego dłuższego boku (ok. 150m) rytmy. Potem potruchtaliśmy do domu. No i w drogę do Krakowa. Wieczorny mecz, późny powrót do hotelu, nocne rozmowy z kompanami podróży, kilka lampek wina i krótki sen.

W sobotę mimo skrajnego niewyspania poderwałem się z hotelowego łóżka i ruszyłem na Błonia. Achillesy bolały mocno, ale po pierwszej pętli się rozkruszały. Miałem raptem godzinkę, więc zaliczyłem spokojny tuzin kilometrów z hakiem. Powrót pociągiem nakłonił mnie do rozciągania. Podobnie jak i w piątkowej podróży pod Wawel, wykorzystałem do tego schodek przy drzwiach. To nie był dobry pomysł. Niby rzetelnie rozciągnąłem mięśnie łydek i ścięgna, lecz wyszła mi bokiem nadgorliwość. Naruszyłem całą delikatną konstrukcję Achillesów w podstawach. Błąd juniorski. Na razie niewybaczalny, bo naparza konkretnie.

W sobotę z delegacji pojechałem prosto do pracy. Derby Londynu, choć wybitnie jednostronne, były niezapomniane. Jednak wieczorem, gdy Marysia czekała aż rybka minimini walnie w kimę, zdecydowałem się zacząć przygotowania do niedzielnego meczu Tottenhamu ze Świętymi. Niezłe kFiatki z tego powychodziły, o czym przekonałem się dopiero nad ranem. Bo jak już kilka razy osuwał mi się z brzucha laptop, a obie powieki opadały z hukiem niczym żelazne kurtyny, honorowo zapisałem plik w poczuciu dobrze wypełnionego obowiązku. Zasnęliśmy z Marysią w trymiga. O świcie było sporo sprzątania. Poucinane zdanie, pourywane słowa, mikstury typu: jjjjjjjjjjjjjjjjjjjnsjugqiiiiiiiii...

W niedzielę ruszyłem na ambitnie założone w planie 7 x 5 km. Stąd ta chęć przygotowania się do meczu wieczorem. Nie wyszło mi. Pierwsza piątka po 4:40 poszła zgrabnie. Druga po 4:00 też planowo, ale czułem, że to nie był mój dzień. Kryzys zaczął się kilka kilometrów później, paradoksalnie podczas luźniejszej piątki. Ból łydek i ścięgien Achillesa stał się upiorny. Odpuściłem sobie po 16 kaemach. Wykonałem ostre PBG w domu. W sumie przebiegałem cały tydzień. Całkiem nieźle. W nagrodę zaspokajałem przez całą niedzielę mojego tasiemca. Domagał się jedzenia, zassało.

W poniedziałek potwierdziła się wiadomość o zmianie terminu mojego maratonu. Zapowiadane w tytule zmiany dla odmiany. Miał być jeden z dwóch polskich dystansów królewskich 13 kwietnia, ale tego dnia jest pewien kapitalny mecz na Anfield… Dostałem powołanie do Liverpoolu na starcie z Man City. Od swojej firmowej drużyny. Jadę, żeby poczuć na żywo ciarki podczas „You’ll never walk alone”. Magiczne bezcenne marzenie! Warte rezygnacji z każdego maratonu! Nie ucieknie.

Poniedziałek spędziłem więc na typowaniu nowego terminu maratonu i ustalaniu planów biegowych. Zdecydowałem, że najlepszym wyborem będzie Kraków 18 maja. Uratuję dzięki temu Szczawnicę (90km) i Wings for Life World Run (ile wlezieJ). Będą służyć mi za długie wybiegania. Przetestuję na nich siebie, formę, żele, stroje. A potem po raz trzeci ruszę po życiówkę w Kraku. Najlepszy mój czas tam to 3:02:49. Tak naładowany fantazją byłem przed startem:)



Rok później było gorzej o 11 sekund. Teraz celuję poniżej 2:48:00!

Próbuję wcisnąć się za to za tydzień z hakiem na półmaraton w Poznaniu. Listy pozamykane. W tę niedzielę biegnę stołeczną połówkę. W Poznaniu chcę walczyć ostro, na własnym podwórku wykonać mocny trening. Niezły magiel, słowo. Na razie sytuacja opanowana. Pewnie do czasu. Cały czas jestem gotowy do tasowania kart mojego życia. Wiem, długo wyszło. Sorry. Hough! Rosół

czwartek, 20 marca 2014

O JEDEN WIĘCEJ!

Dzisiaj w drodze z Marysią do przedszkola przypomniały mi się dziecięce zabawy. Przed bieganiem najpierw stanąłem przed lustrem i zanuciłem „Palec pod budkę, bo za minutkę…”, a że byłem organizatorem i jedynym uczestnikiem zabawy, nie pozostało mi nic innego jak wziąć w niej udział.

Zabawa polegała na bieganiu po górce Kazoorce. Dobrze mi znana miejska gra terenowa, urozmaicona, niedługa i bolesna. W jej trakcie precyzowałem zasięg mojej misji. I znów przyszła mi do głowy dziecięca licytacja. „Zawsze o jeden więcej” definitywnie zamykało usta i przebijało konkurenta we wszystkim. Dlatego dzisiaj tak sobie powtarzałem po każdej pętli. Tylko, że zmieniałem punkty odniesienia. Korciło mnie trochę, żeby zrobić osiem pętli, czyli o jeden pakiet podbiegów i zbiegów więcej niż ostatnio z Majkim. A to byłoby o 3 pętle mniej niż „zawsze o jeden więcej” względem mojej życiówki Kazoorkowej. Zresetowałem więc szybko głowę i napierałem po oporach.

Wyszło dokładnie o jeden więcej! Jedenaście pętli mocy! A wcześniej 5 kilometrów rozgrzewki z Tulką i na koniec 10 minut truchtu. Morowy trening! Bomba! W nagrodę czekało na mnie niczym cudowny lek na obolałe mięśnie i energetyczne straty - małe pszeniczne i totalnie bezalkoholowe (0,0%) piwko! Skarb. Ciężko o takie w sklepach, a właściwości ma jak najlepszy izotonik. Brak alkoholu w ogóle mi nie przeszkadza, bo ma służyć naprawie, a nie dokwaszaniu mięśni. Pychota! Wykupiłem w sklepie cały zapas:D Hough! Rosół