wtorek, 31 grudnia 2013

AUTOREMANENT!

Wstałem po 6-ej. Nie bez kłopotów. Od razu szukałem wymówek, czyli innych superwartościowych zajęć, żeby wybiec potem. Ale potem bym nie wybiegł, więc wystartowałem trochę kręcąc nosem niemal od razu. Wypiłem znalezioną na stole, niedopitą herbatkę Żony, uzupełniłem wrzątkiem i łyżeczką miodu, natarłem rozgrzewającą końską (dosłownie końską) maścią Achillesy i za drzwiami klatki schodowej zrobiłem kolagenową rozgrzewkę ścięgien. Zapach mentolu i kamfory przecinał rześkie, mroźne powietrze. Dzień wstawał ciągnąc w górę ostre słońce.

Oszronione ścieżki leśne było mocno ubite i niosły mnie żwawo, ale hamowałem się, bo wczoraj leciałem szybciej, a na jutro mam noworocznie coś ekstra w zanadrzu. Dlatego plan na ostatni poranek w 2013 roku był banalny. 14 kaemów w okolicach piątki per kilo. I tak właśnie bez pudła wyszło. Kusiły mnie przebieżki na końcu, ale przystopowałem fantazję. Nie chcę być hurtownikiem swoich wrażeń biegowych, wolę ze sobą na razie handel detaliczny. Skup i sprzedaż wrażeń, formy, siły, energii i chęci własnej. Jak przeholuję, to zatrzymam się na kilka dni na autoremanencie. Po co?!

Kusił mnie autorski noworoczny maraton. Ale, choć brzmi to dumnie, to może mnie wykończyć. Nie jestem na to gotowy nawet treningowo w bezpiecznym tempie. Poza tym raczej nie upchnę czasowo, bo na zakładkę z Żoną pracujemy, a Marysia nie idzie przecież do przedszkola, odpoczywa po szalonej sylwestrowej nocy. Z drugiej strony ja mam inne porachunki do wyrównania na 2014 rok, więc moim noworocznym celem jest sąsiedzka Górka Kazoorka. Tam będę jutro, ale nie wiem, o której godzinie, haha. Chcę jutro powalczyć, zmęczyć się na moich kazoorkowych pętelkach i muldach. A potem solanka.

Dziś zgrabnie weszła w nogi czternastka (14km), ogólnorozwojówka z Psicą zaraz potem na spacerze, zaraz machnę scyzoryki (nie lubię, nie lubię!), grzbiety i pompki, porozciągam i ekscentrycznie podziałam z Achillami.

Życzę zdrówka wszystkim zapalonym, dosłownie i w przenośni, biegaczom!!! Hough! Rosół

poniedziałek, 30 grudnia 2013

POSTANOWIENIE STAROROCZNE!

Od wiosennej życiówki maratońskiej osiadłem na..., nie na laurach, na mieliźnie. Czuję się jak wielki kuter rybacki, który ugrzązł i nie może wypłynąć w morze na połów. Firma Bubba Gump ze mną jako kapitanem za sterem nie podbiłaby światowego rynku krewetek. Często nucę pod nosem jedną z moich ulubionych biegowych piosenek „Against the wind”, ale nie stosuję się do jej przesłania tekstowego i filmowego.

http://www.youtube.com/watch?v=ZNaA7fVXB28

Próbuję codziennie od jutra i nie wygrywam. Nie przegrywam też jakoś specjalnie, bo bieganie to przygoda na całe życie. Nadrobię zaległości, jeśli o nich w ogóle może być mowa. Przybrałem na wadze, ale to akurat drobiazg. Za tydzień, góra dwa balastu nie będzie. Bo o czym jest ta rozmowa? 3-4 kilo to nadwaga tylko w głowie biegacza. Gorzej nadrabiać zaległości w treningu. Nawet nie czysto biegowym, ale siły ogólnej, rozciągania, gibkości. Znów nie mogę położyć całych dłoni na podłożu w skłonie i przyciągnąć czoła do wyprostowanych kolan. A to była moja norma. Przy ćwiczeniu deski trzęsę się jak galareta, jestem słaby jak niemowlę. Ale najważniejsza jest własna świadomość, a nie odkładanie tego co mogę do innych, zwłaszcza słabszych biegaczy. Na ich tle nadal jestem „fit enough”. To jednak stanowczo za mało. Mam być znów „fit enough” dla samego siebie. O to właśnie się teraz sam ze sobą biję, o to przeciągam ze sobą niewidzialną linę.

Wkroczyłem w taką swoją fazę biegania, że muszę odszukać impuls, który pchał mnie na ścieżkę i nie zmuszał do gorzkiego przełykania kilometrów. Bodziec, który zachęcał do wczesnego zasypiania kosztem wchłaniania idiotycznych filmów i zrywania się z kurami, żeby rozkręcić i rozświetlić każdy dzień bieganiem. A potem pozwalał jechać na endorfinach do wyczerpania zapasów. A następnego ranka kolejne doładowanie. Wymiana potu i toksyn na świeżą dostawę czystej energii.

Zwolniłem, ale nie to mnie martwi. Szukam siebie w biegu. Achillesy wciąż naparzają, bo zawaliłem ekscentrykę i przestałem o nie dbać. Nie wyleczył mnie dwumiesięczny bezruch, jednak lepiej ścięgna mają się w codziennym ruchu. Bo jak bolą, to przynajmniej wiem dlaczego

Zaczynam wygrzebywać się z mielizny, ale na razie nie ufam sobie i bezkresnemu morzu oczekiwań. Płytkie te moje biegowe obietnice. Mam dlatego tylko jedno postanowienie staroroczne. Właśnie jeszcze rzutem na taśmę w grudniu, żeby znów nie odwlekać zamierzeń na kilka następnych dni. Wczoraj przebiegłem 17 kaemów, dzisiaj szybciej dwunastkę. Było i PBG, i nawet dość solidne rozciąganie. Miłe. Od kilku tygodni wracam i zawieszam powrót. Mam parę dni biegowego zapału, a potem spalona ziemia. Dlatego postanawiam starorocznie na Nowy 2014 Rok: „Jutrem dzisiaj robię w regułach!”. Ale nie na wariata. Sumiennie, do przodu, bo to niekończący się biegowy proces. Hough! Rosół

TRENINGI: 29 XII 2013 – 17km po 4:45, 8 x 25 brzuch, rozciąganie, ekscentryka. 30 XII 2013 – 11 km po 4:23, 1km trucht, ogólnorozwojówka, PBG 4 serie po 25, rozciąganie, ekscentryka, wcierki Achillesowe.

czwartek, 27 czerwca 2013

PORAŻKA Z GOFRAMI!

No i pokonał mnie gofr vel gofer. Odpuszczam bieganie w Górach Stołowych, bo położyłem na całej linii przygotowania. Zamiast planowanego śmigania po terenie i plaży, zostawałem raankami w łóżku przywalony przyciężką kołdrą. Mam pewną dużą pracę do napisania i chociaż jej poświęcałem nadmorskie świty. Ale treningów zrobiłem raptem 4 w minionych 10 dniach. Staram się ratować co się da, ale wczoraaj już pogodziłem się, że Stołówki w tym roku nie dla mnie.
Jeszcze na początku naszego turnusu ambicja brała górę. Pierwsze wybieganie na 21kaemów, PBG na piachu i wydawało się, że się rozkręcę. Ale potem przyszły 3 dni nieróbstwa i oszukańcze nadganianie. Niestety na wakacjach zawsze wytracam impet, rozłażę się, nie jestem konsekwentny, sztukuję po łebkach. Aż 10 dni zajęło mi pogodzenie się z tym, że trzeba zluzować. Widocznie taka potrzeba organizmu. Nie ustaję jednak w planach nauczenia się gwiazdy i stania na łapach.
Łatwiej mi jednak biegać w normalnym życiu, gdy pobudka o 5:21, kawka, potrzeba fizjologiczna, bułka, banan, trening i codzienność. Ładowanie endorfinami ma wtedy rytm.
Na wakacjach jestem oderwany od rzeczywistości, krew mi wolniej krąży, mam problemy z wyborami. A poza tym znów zaczęły mnie naparzać Achillesy. Regularnie mam takie odczucie, gdy za dużo zażyję morskich kąpieli w naszym sympatycznym Bałtyku. Nie wiem czy przeziębiam ścięgna, ale wstaję rankami jak na szczudłach. Moje Achillesy wyraźnie lubią ciepło, a wydawało mi się, że kripterapia powybija wszystkie drobne stany zapalne.
Godzę się na miniruch w ostatnich kilku dniach urlopu. Za to mózg lasuje mi się od trzaskania jolek:) No i uczę się podczas pisania pracy, patrzeć na ekran, a nie na klawiaturę, haha. Jakoś idzie, ale są wyraźne postępy w moim autokursie stenotypii i maszynopisania;) Życie składa się z nieustannych wyzwań. Mnie od razu przypomina się dokument "Jiro sni o sushi", o 80-letnim Japończyku Jiro, który w małym lokaliku na stacji metra w Tokio, przez całe życie samodoskonali się w robieniu sushi. Niby wie o surowych rybkach i ryżu wszystko, ale to "niby" nie daje Jiro spokoju. Wciąż szuka. Wyzywa samego siebie na pojedynek. Wygrywa każdego dnia, gdy zasypia i codziennie, gdy się budzi. Byłoby fajnie dobić kiedyś do podobnego stanu ducha:). Idę robić z siebie na plaży gwiazdę, ale tak, żeby nikt nie widział;) Hough! Rosół

środa, 19 czerwca 2013

MOJE PIERWSZE TATRY!

Mały suplement, który wypełni potężną wyrwę pomiędzy przygotowaniami do Rzeźnika a nadmorskim treningiem. Rany, dopiero w maju zdałem sobie sprawę, że ja w ogóle nie znam Tatr. W ubiegłym roku przebiegłem Bieg im. Druha Marduły i od dzieciństwa, czyli zimowiska w Bukowinie to była jedyna styczność z tatrzańskimi szlakami. Cztery majowe dni w Tatrach pozwoliły mi się zakochać w nich bezgranicznie. Codziennie ruszałem na szlak z moim Kompanem Klaciem i kazdy w swoim tempie dobijał do umówionego punktu, zazwyczaj schroniska. To był kapitalny trening. Zaliczyłem mój pierwszy Giewont, zmagałem sie ze szlakami na grani w stronę Kasprowego, wpinałem się w stronę Przełęczy Świnickiej i na Kościelec. Ale nie szarżowałem, za późno poznałem klawych przewodników tatrzańskich i ultrasów, którzy każdy niemal zakątek gór mają w małym palcu. Z nimi jako doświadczonymi biegaczami byłoby łatwiej pchać się tam, gdzie hamowały mnie moje obawy i niepewność. Bez asekuracji i wsparcia docierałem do miejsc, które wydawały mi się w moim zasięgu, w miarę bezpieczne. Respekt wobec gór zwyciężał i świadomość własnych braków brały górę nad nomen omen górami. Muszę wybrać się w Tatry z kimś kto jest ode mnie mocniejszy, kto zna szlaki, do kogo będę równał i się rozwijał. Na pewno przez te 4 dni nauczyłem się bardzo dużo, także w sferze mentalnej.
Niedługo Bieg Ultra Granią Tatr - 70 kilometrów niesamowitego ścigania. 17 sierpnia będę 1/250-ą tego wyzwania. Tatry, dystans, pogoda, granit i ja. Moją główną górską obawą jest spotkanie z niedźwiedziem, haha. Teraz już wiem, że biegając samemu po szlakach warto pogwizdywać, klaskać, śpiewać, żeby przygodnie napotkany miś zdążył ukryć się w kosodrzewinie. Hough! Rosół

MORSKA SIŁA!

Hmmm, zatrzymałem się na starcie przygotowań do Rzeźnika, a to było dość dawno. Falstart blogowy za mną. Teraz przygotowania do Stołówek na początku lipca. A sama Rzeź była miłą wycieczką, głównie dlatego, że mój Partner Gibon w swoim dziewiczym (prawiczym?) górskim biegu poczuł "magię gór" i nasz czas zakręcił się w okolicach 12h54m. Najważniejsze, że Gibon ani razu, nawet szeptem, przez zęby czy alfabetem Morse'a nie pisnął, że ma dość i żąda zejścia z trasy. Super walczak!
Biegliśmy więc trochę pozaregulaminowo, ja mocniej w górę, tam czekanie, a na dwóch ostatnich odcinkach także wodopój z mojego bukłaka, żeby Partnera maksymalnie odciążyć, a potem chwila relaksu, gadki, motywacji i uśmiechu, no i ja w dół, a Gibon za mną. Sam nie wiedziałem jak partnerować, czy ramię w ramię w trudzie, bólu i znoju, motywując krok w krok, czy jednak zostawiając przestrzeń dla nóg i głowy Partnera na samostanowienie o tempie i rytmie marszobiegu, wspinaczki, zbiegu. Ten drugi wariant leżał nam obu i się sprawdził.
Mimo nieprzespanej nocy, bo do Komańczy wpadłem do łóżka na godzinkę w środku nocy, a po zmoczeniu łba pod zimną wodą, ruszyłem z Gibonem na start i tak nieźle zniosłem kilkanaście godzin na bekidzkim szlaku. Zresztą ja tak mam, że albo zasypiam wszędzie, w każdych warunkach w 30 sekund albo przekraczam próg zmęczenia i czołgam organizm, za co płacę dopiero dwa dni później. Wtedy jestem dętka, dokładnie 48 godzin po wysiłku. Fizjologicznie to uzasadnione.
Dwa tygodnie po Rzeźniku minęły pracowicie z niedużym kilometrażem, raczej potraktowałem się ulgowo. Cały czas w głowie mam słowa Mariusza Giżyńskiego, gościa, który kilometr w maratonie leci, bo przecież nie biegnie, w 3:06 - "Marcin, wylecz porządnie nogi". A skoro Jego podpowiedzi pozwoliły mi złamać "trójkę" o 8 minut, to warto Go słuchać. Moje kulasy są, dzięki dwóm tygodniom laby, w niezłej dyspozycji. Teraz jestem nad Morzem. Wtorkowy trening dał mi w kość, bo głód biegania sprawił, że od razu machnąłem 21 kaemów i chciało mi się więcej. Środa to tylko siła ogólna na ręczniku i pływanie, czyli krioterapia dla mięśni. Woda była zimna, ale wbijałem do głowym myśl sąsiada Dominika, który regularnie spacerował zimą w koszulce z krótkim rękawkiem: "Chłód to stan umysłu, a nie ciała". Coś w tym jest. Zresztąa jak przekroczyłem magiczny męski punkt, to nie było źle:) Dzisiaj ruszam na piach. Boso, ale w ostrogach. Będą szły iskry.
Do Stołówek mam trochę czasu, dwa i pół tygodnia, maraton z Pasterki na Szczeliniec jest cudowny. Widokowo i technicznie. Biegłem w nim dwukrotnie, w 2010 roku zapłaciłem głową i lekkim udarem po 30 kaemach. Byłem po moim pierwszym Biegu Rzeźnika, nieprzygotowany, wyluzowany, krnąbrny, a górki takich szybko temperują. Odpadłem. Za drugim razem byłem mądrzejszy, jednak napierałem dość mocno do tego samego punktu, a ostatnie 12 kilometrów wyluzowałem. Tym razem czas na równy, mocny bieg. Czas na to, by głowa, jak w maratonie w kwietniu, nie wymiękała, łamała każdy kryzys. Tego od niej i od siebie oczekuję. Przyszedł czas, żeby pościgać się trochę z samym sobą. Dzisiaj trening plażowy! Gofr z bitą śmietaną i piwko z sokiem, haha! To też, ale po robocie:) Jutro szczegóły. Hough! Rosół

środa, 1 maja 2013

ODLABIANIE SIEBIE!

10 dni laby, ćwiczeń wątroby przerywaych lekkimi ćwiczeniami fizycznymi za mną. To nagroda za maraton i ciężką zimę. Poza tym czas idealny, żeby wyleczyć nogi, nadrobić zaległości koleżeńskie, pępkowe, imprezkowe. Dziś zaczynam misję "Butcher 2013"!
30 dni do startu w Biegu Rzeźnika, czyli 80 kaemów przez Bieszczady. Boję się tylko jednego. Dwóch rzeczy. Po pierwsze, że spotkam na trasie niedźwiedzia i nadepnę mu na łapę. Jak zwiać przed misiem? Przed dzikiem na drzewo, przed dzikim kotem do wody, przed zbłąkanym sępem albo wsciekłym orłem pod strzechę, ale niedźwiedzia łapa jest wszędobylska. W sumie to klawe, że nie myślę o trudach biegu, a o dość nieracjonalnych obawach. Szanse na spotkanie misia mam nikłe, ale ich nie wykluczam. Tym bardziej, że ostatnio mój Przyjaciel z Beskidu Niskiego miał bliskie spotkanie trzeciego stopnia z niedźwiedziem, który nocą, przedefilował przed maską jego drobnego, wysłużonego jeepka. Gaz do dechy i w nogi. Po drugie, jak wszyscy dzielni Galowie, boję się, że niebo spadnie mi na głowę.
Zaczynam trening górski na bazie maratońskiego. Nabyłem inov-8 X-talon 212, odtłuszczone trailówki. Opiszę niebawem co są warte na moich stopach, może nawet jakiś filmik hendmejd zamieszczę:). Wiele sobie po nich obiecuję, dziś pierwszy spacer i przebieżka.
Poza tym stawiam na siłę ogólną - PBG + piłki + drążek. Ach, ten drążek, ale pożyczyłem gumę do podciągania. Taką dla leszczy, którzy potrzebują wsparcia, zeby nie kończyć sesji na 3 pull-upsach;). No i atakuję wszystkie stołeczne wziesienia. Od Kazoorki, którą mam pod blokiem, przez Kopę Cwila, wymagającą technicznie Czarną Nigeryjską Milę, po Falenicę. W Falenicy na wydmach nigdy nie byłem, czas ruszyć i tam na pętelki góra-dół.
Trzeba znów przyzwyczaić się do kijków trekkingowych, chociaż może warto pobiec tę edycję saute? W 2010 roku było trudno, bo Bieszczady płynęły wodą koszmarnie. To filmik własny z tamtej eskapady: http://vimeo.com/15017724
Lecę z TT - gościem z polecenia, któremu wykruszył się partner. Ciekawe doświadczenie. Jesteśmy na podobnym maratońskim poziomie, jego dewiza: "być krótko na trasie" wyjątkowo mi leży.
Zatem czas na odlabianie siebie. Ostatnio w "Bieganiu" był artykuł o stratach pary w piersiach i mięśniach po określonej liczbie dni nicnierobienia. Moje straty to drobniaki. Po tygodniu nie będzie śladu, a może będzie nawet lepiej, bo aparat ruchu solidnie odetchnął. Hough! Rosół

wtorek, 23 kwietnia 2013

42196 METR!

Pierwszy metr i pierwsza myśl za metą? Już zapomniałem. Dziś drugi dzień po życiówce. Emocjonalnie nadal miły, ale fizycznie jak zawsze słaby. Najsłabszy. Po wysiłku mój organizm wszystkie toksyny. zakwasy, żale, skargi, mikrourazy wywala poza burtę właśnie w dwie doby po starcie. I mecie:) Ale staram się panować nad emocjami, chociaż wszystko mnie irytuje. Wyciszyła mnie solanka i czytanie nowego numeru "Biegania". Pierwszy ruch rękami i oczami na ostatnie strony, a tam na kalendarz biegów. Już szukam szansy na poprawienie się na "dyszkę". Czytałem kiedyś wywiad z Małgorzatą Sobańską i utkwiło mi w pamięci, że w tydzień lub dwa po maratonnie warto wykorzystać superkompensację na krótszym dystansie. Oczywiście najpierw dbając o siebie i w miarę sprawnie doprowadzając do używalnego stanu. Chcę to przećwiczyć na sobie. Dziś bolą tylko łydki. No i istnienie, haha. Jutro przyjdzie świeżość.
Wczoraj nad ranem ruszyłem na lekką przebieżkę, ale po kilometrze poczułem przeciążeniowy ból kolana, skupiłem się na ogólnorozwojówce i rozciąganiu. Potem był lekki rower z Córką i wieczorna praca wśród prawdziwych mistrzów, czyli Czerwonych Diabłów.
Dziś montowałem program biegowy. Już 11 maja zadebiutuję w biegu na orientację w cyklu "Cała Polska biega z mapą" na Stadionie Narodowym. Wcześniej jednak szukam wyścigu na 10km. Od jutra wdrażam drążek i piłkę 75cm. Mariusz Giżyński otworzył mi oczy na siłę ogólną. Robiłem wprawdzie PBG (pompki, brzuszki, grzbiety), ale tu tkwią ogromne rezerwy. I nie chodzi o kaloryfer na plażę, ale o moc i obudowanie pasa biodrowego. To napędza ciało w biegu i trzyma sylwetkę w ryzach. Jak Giża pokazał mi parę ćwiczeń na piłłkach i berecie (stabilizacyjne ufo), to zobaczyłem jaki jestem cienki.  Na basen nie poszedłem, ale jutro wrzucę kąpielówki i czepek do plecaka. Na przełamanie! To właśnnie mój 42196 metr Hough! Rosół