poniedziałek, 29 października 2012

LUZ BLUES!

Jestem w fazie roztrenowania i jest klawo jak cholera. Ograniczyłem przeloty leśne, uliczne i startowe, jem co chcę, ruszam się na przebieżkę zgodnie z samopoczuciem, kilometraż, tempo i cel są ruchome, a humor w normie. Żadnych wahań nastroju, gdy oleję trening, zostanę w domu i nie wykonam pół pompki. Dopiero ostatnio zdałem sobie sprawę, że od 30 września do 21 października przebiegłem co niedzielę maraton z jedną przerwą. Najpierw 34. Warszawski jako zając Kumpla. Chciał bić życiówkę i łamać 3h 30 min i się nam udało. 3h25m52s to był nasz czas netto. Dwa tygodnie później szarpałem się sam z żywiołem w Eindhoven. Nie złamałem „trójki”, ale mam nową życiówkę – 3h01m08s. 69 sekund od szczęścia. Postanowiłem ruszyć z grupą i pacemakerami po 4:15 na kilometr. Trasa była płaska jak stół, szybka, świetnie zorganizowana na dwóch pętlach, zające, było ich trzech, równi w każdym kroku, zaangażowani, dbający o kilkudziesięcioosobową grupę marzycieli o „dwójce” z przodu w personalnym Beście;) Ja odpadłem na 36. kaemie. Dwa razy dochodziłem uciekinierów, łamałem kryzysy, ale nie starczyło pary. Wiosną to pchnę!

Już układam plan na przyszły rok. Ten 2012 był szalony, zapłaciłem dwoma kontuzjami za zwariowane tempo i dziwne pomysły. Bałagan w kalendarzu nie sprzyja, to pewne. Ale szybko po Eidhoven doszedłem do siebie, bo we worek i środę latałem po lesie bezboleśnie, w piątek miałem dzień żarłoka. Na urodzinach Mikiego byłem przy stole nie do zatrzymania. 3 porcje tarty warzywnej, 8 kawałków pizzy, 3 ciacha, szarlotka z lodami i resztka lodów wpadły jak do kalosza. Żołądek miałem z gumy i co najciekawsze wcale nie czułem się najedzony. Wypiłem szałwię i miętę na noc i rankiem czułem się świetnie. Bezmięsne żarełko jednak trawi się sprawnie. Zapomniałbym! Poznałem też w tym samym tygodniu Scotta Jurka, nawet nagrałem z nim wywiad, na szczęście z uśmiechem odpowiadał na moje polisz-inglisz pytania;) Profi pełną gębą! O nim przeczytacie tutaj: http://www.canalplus.pl/sport/blog-biegac-kazdy-moze_945_19

A tydzień po maratonie w niedzielę postanowiłem ruszyć przez Warszawę. Było mgliście, powoli przebijało się słoneczko, a ja leciałem z bidonem w łapie z Kabaty City do Parku Skaryszewskiego, ścieżką wiślaną, przez Most Gdański – uwielbiam wbić się na szyny i biec po drewnianym podkładzie – a potem wzdłuż cudnie oświetlonej promieniami Cytadeli do Kępy Potockiej, w górę do placu Wilsona, tam wpadłem na ustawkę z Kamilem Dąbrową i razem ruszyliśmy Traktem Królewskim z powrotem. Znaczy ja z powrotem, a Kamil odprowadzając mnie wyrabiał swoją pierwszą połówkę trasy. Niedzielne miasto budziło się do życia, piękna wycieczka. Zamierzam fundować sobie takie raz na jakiś czas. Wyszło prawie 40 kaemów. Wdechowo!

Bez pieszczot nastawiam się na długie bieganie w przyszłym sezonie. Najpierw celuję w wiosenny maraton po 4 minuty na kilometr. Bez rozdrabniania się, zima czeka. To mój ulubiony czas na trening. Zimno, pusto, ciemno. Mnie nie dopadają zbyt często chandry, doły, kryzysy związane z brakiem słońca i ciepła. Śmiech to mój kompan w biegu. Niestety przegrywam z aurą jako chorowity typ. To moja Achillesowa pięta. Moja odporność jest średnia.
A propos Achillesa to lekko zawalam rehabilitację. Co w człowieku siedzi za leniuch, że ciężko ruszyć dupsko 3 razy dziennie i pogibać się na schodku, a potem lekko porozciągać. W tym tkwi diabeł. Achilles ewidentnie boli mniej, ale to tylko zasługa ćwiczeń.

Basen na razie to w moim wykonaniu dno. Trochę pękam. Nie przed wodą czy głębiną, ale jakoś mam wewnętrzny opór. Czegoś się obawiam, nie znalazłem jeszcze powodu. Muszę się przełamać. Triathlon czeka.
Dzisiaj wbiegłem w las z przyjemnością. Skuty mrozem gwarantował lekki bieg. Sprawna dwunastka i tyle. Wczoraj razem z Pedrem było dłużej (15km), miło i ciężko. Połamane gałęzie i kilka wielki drzew, które nie wytrzymały śnieżnego ciężaru. Zima zaskoczyła jesienne liście. Nie ma tego złego. Na mokrym śniegu wykonałem masę dziwnych obiegów, zwrotów i podskoków. Nowe wrażenia dla moich mięśni, nie zaszkodzi.
Jutro nie wiem. Się zobaczyJ Dostrzegam w tym wpisie lekki chaos, ale to pewnie przez to roztrenowanie, haha.

Hough!

Rosół

środa, 26 września 2012

KOPALNIA ODKRYWKOWA!

W niedzielę po dłuuugim wybieganiu złapałem wirusa. Latałem po lesie dwie i pół godziny, wiało, gdy z niego wybiegałem, żeby odprowadzać kolejnych kumpli i mnie dopadło. Gardło zaskrzypiało mocniej po dwóch angielskich szlagierach i się zacząłem rozkładać. W sumie wykręciłem 3 dyszki z narastającą prędkością, byłem zadowolony z całego tygodnia, ale pojawiły się obawy, że całotygodniowe 122 kilometry pójdą na marne. W poniedziałek zrobiłem planowe wolne, a we wtorek dokonałem samodzielnie jednej z najmądrzejszych rzeczy w dotychczasowym bieganiu - zawróciłem do domu po stu metrach. Słowo, jestem z siebie dumny nawet bardziej niż po najmocniejszym treningu. Czułem się słabo i dogadałem się ze sobą, że dodatkowy dzień leczenia nie zawadzi. Aspiryna, miód, cytryna, vitamina C, nawadnianie i już wczoraj zrobiłem mocny trening. Czasem warto odpuścić, a ja miewam z tym problemy. Uczę się słuchania siebie, biegania zgodnie z samopoczuciem, doceniania siły i potęgi rozciągania, odżywiania i odpoczynku w treningu. Oczywiście na moim amatorskim poziomie.
Trzeba słuchać lepszych i basta! Przeczytałem w najnowszym październikowym "Bieganiu" artykuł o regeneracji, a w nim krótkie wypowiedzi Henia Szosta, najszybszego polskiego maratończyka. Henio nie ma żadnych wyrzutów sumienia, gdy odpuszcza trening, nie czując do niego melodii. Nic na siłę. Poza tym Szost uwielbia startować na świeżości, nigdy na zmęczeniu, jak sam dodaje, żadnego planu treningowego nigdy nie wykonał w 100%. Bo się nie da.
Ja mam z tym problem. W głowie siedzi zdradliwa myśl, że jestem niedotrenowany, że za ciężki, że można coś nadrobić, nadgonić, że nie wolno stracić. Tak samo miałem w piłce. Gdy inni odpoczywali, ja jeszcze dorabiałem przed meczem na rozruchu jakąś dynamikę, pompki, etc. Zaczynam jednak doceniać magię wypoczynku przed startem, dlatego mocuję się sam ze sobą, hamuję swoją nadmierną ambicję w momentach, gdy przychodzi czas na wrzucenie luzu i oszczędzanie silnika. Przekonuję sam siebie, że odpoczynek, odnowa, czasem bezruch to niekoniecznie i nie zawsze lenistwo. W głowie siedzi tyle nieodkrytych, nieuprzątniętych i nieposegregowanych spraw, olbrzymie rezerwy. Staram się je biegowo układać.
Z wielką chęcią poszedłem kilka dni temu na piwko z Magdą i Krzyśkiem Dołęgowskimi, żeby posłuchać opowieści o ich przygodach na Gore-tex Transalpine – 320 kilometrów w 8 dni. Codziennie maraton po górach. Zaraziłem się tą imprezą, ruszam tam za rok, chciałbym. Znów najważniejsza w tej opowieści była głowa. Mięśnie, płuca, serce – jasne, tam musi być moc, siła, wytrzymałość wytrenowane każdego dnia, ale na zawodach potrzebna jest głowa. Ja w swoją powoli włażę, krok po kroku, szukamy porozumienia. Tylko mocny łeb i psychika pozwalają osiągać coś więcej, właśnie w niej przesuwają się granice naszych możliwości. Z pozoru przesuwają je nasze nogi i ręce, w rzeczywistości robimy to w głowie i głową. Byle z głową. To drugi koniec kija. Przeholować łatwo, ale wygrzebać się z tego w kilka dni się nie da. Dlatego zaczynam rozumieć Szosta, że lepiej być niedotrenowanym  niż dumnie zajechanym.
Piotrek Sawicki, mój biegowy kompan, rekordzista Polski w Biegu 24h w Chorzowie – wykręcił na początku września 254 kilometry, został brązowym medalistą Mistrzostw Europy, piąty na Świecie – ma psychikę jak żelbeton. To właśnie w bólu, gdy mięśnie masz jak z waty albo ołowiu, do przodu popycha głowa. Myślę o tym na każdym wybiegu do lasu, gadam ze sobą w duchu, gdy trzeba. Z mojej głowy zrobiłem sobie kopalnię odkrywkową. Wszystko co wydobywam, zostaje we mnie.
Hough!
Rosół

środa, 29 sierpnia 2012

POZNAWANIE SIEBIE!

Wiem, wiem, znowu dałem ciała i się nie odzywałem. Po Chudym Wawrzyńcu w Beskidzie Żywieckim wrzuciłem na względny luz, oszczędzałem lewego Achillesa, włączyłem rower, krótkie intensywne treningi, sporo PBG (pompek, brzuszków, grzbietów), ograniczyłem wieczorne biesiady, czasem do dwóch jabłek i kubasa zielonej herbatki. Właśnie pakuję się na Ultra Trail du Mont Blanc. Niby naskrobałem na kartce dziesiątki punktów, ale i tak na pewno czegoś zapomnę. Byle nie butów biegowych i sprzętu obligatoryjnego. A zresztą na miejscu w Chamonix wszystko mogę dokupić.
Chamonix będzie opanowane przez uczestników festiwalu biegowego. Koniec sierpnia to jedyny chyba termin w tym miejscu w Alpach, gdy wspinacze i alpiniści czują się trochę nieswojo. Około 6000 ultrasów górskich wiedzie prym w okolicy. Przynajmniej do niedzielnego wieczora, gdy zakończy się jubileuszowy X TNF UTMB. Razem ze mną w składzie.
Wylatuję już dziś, razem z ekipą i kamerą. A nawet z kilkoma kamerami, bo ta duża będzie nagrywać wywiady, widoki i wszystko co się uda w trakcie zawodów, a ja standardowo ruszę na 168 – kilometrową eskapadę z kamerką w dłoni. Na grzbiecie plecak wyładowany sprzętem obligatoryjnym, na nogach trailówki, czołówka na glacę i w drogę. Start jest w piątek o 18:30, więc wpada się niemal od razu w alpejski mrok. A pogoda się buntuje, organizatorzy wczoraj smskiem postraszyli deszczem, śniegiem, chłodem i kazali nie zapomnieć o „winter clothes”. Szykuje się ostra walka.
Obligatoryjny sprzęt wymagany przez organizatorów UTMB wygląda tak:
·         mobile phone with option enabling its use in the three countries
(put in one’s repertoire the security numbers of the organisation, keep it switched on, do not hide one’s number and do not forget to set off with recharged batteries)
·         personal cup or tumbler 15cl minimum (water bottle not acceptable)
·         stock of water minimum 1 litre,
·         two torches in good working condition with replacement batteries,
·         survival blanket 1.40m x 2m minimum
·         whistle,
·         adhesive elastic band enable making a bandage or a strapping (mini 100cm x 6 cm),
·         food reserve,
·         jacket with hood and made with a waterproof (recommendation: minimum 10,000 Schmerber) and breathable (recommendation: RET lower than 13) membrane (Gore-Tex or similar) which will withstand the bad weather in the mountains.
·         long running trousers or leggings or a combination of leggings and long socks which cover the legs completely,
·         Additional warm midlayer top: One single midlayer long sleeve top for warmth (cotton excluded) with a minimum weight of 180g (Men, size M)
OR a two piece clothing combination of a long sleeve baselayer/midlayer for warmth (cotton excluded) with a minimum weight of 110g (Men, size M) and a windproof jacket* with DWR (Durable Water Repellent) protection
·         cap or bandana
·         warm hat
·         warm and waterproof gloves
·         waterproof over-trousers
* The windproof jacket does not replace the mandatory waterproof jacket with hood
Do tego rekomendowany jest scyzoryk, kije trekkingowe, 20 euro na niespodziewane wydatki, dokument ze zdjęciem, ciepłe zimowe ciuchy z smsa. Jest tego trochę, ale wiadomo, że im lepszej jakości materiały tym lepiej się złożą i gabarytowo skompresują. W biurze zawodów jest kontrola, dość dokładna, chociaż jak patrzę na mini plecaczki Kiliana Jorneta czy Sebastiena Chaigneau to mam wątpliwości czy mają ze sobą wszystko co wymagane. Nie moja w tym głowa, ja mam się czuć komfortowo, chociaż nie da się ukryć, że im lżej tym łatwiej.
Mam w głowie multum pytań do samego siebie. Wartościowe są tylko szczere autoodpowiedzi. Każde drobne kłamstewko i tak wylezie bokiem na trasie. Znajomi pytają mnie o spanie, czas, formułę zawodów? Śpi się z założenia przed i po biegu, limit czasu to wprawdzie 46 godzin, na punktach kontrolnych będę miał zapas, ale nie po to, żeby kimać, tylko lecieć jak najszybciej w swoim tempie dalej. Kiedyś przed debiutem w Biegu Rzeźnika na 80 km przez Bieszczady czytałem relację mieszanej pary, gdy kilkanaście kilometrów przed metą ona zapytała jego czy mogą zwolnić, bo ani nikogo nie wyprzedzą, ani nikt ich nie dogoni, on twardo odpowiedział: „napieramy dalej, krócej będzie bolało”.
Nie mierzę w żaden czas, chcę przesuwać granice swoich możliwości, swojego certolenia i pieszczenia się ze sobą, swojego pułapu zmęczenia. To właśnie ma zagwarantować mi jak najlepszy czas. Chcę poznać reakcje na ból i sposoby radzenia sobie z biegiem po zarwanej nocy, gdy przede mną będzie cały dzień i następny zmierzch. To wyścig mój ze mną. Wokół będą inni biegacze i dobrze, że będą. Ale każdy z nich toczy swoją walkę.
UTMB to bieg po trasie oznaczonej, załączam mapkę:
3 kraje, świetnie zaopatrzone punktu żywieniowe, znakomicie oznakowane szlaki, we włoskim Courameyeur przepak na ostatnie 50 kilometrów. Suma pozytywnego przewyższenia to około 10000 metrów. Mordęga, udręka, masakra? Wcale nie. Twarde warunki w granicach możliwości człowieka. Tylko jaki są te moje granice? Wylatuję dziś, by ich szukać i je przesuwać podczas Ultra Trail du Mont Blanc. Będę nadawał z Chamonix!
Hough!
Rosół

niedziela, 12 sierpnia 2012

CHUDY WAWRZYNIEC!

Do Ujsołów w Beskidzie Żywieckim dotarliśmy z Majkiem i moją dzielną ekipą TV – Dudim i Jurasem – chwilę po 21-ej. DJ team wysadził nas pod gimnazjum, naszą zawodową bazą, a sam udał się na nocleg w warunkach bardziej cywilizowanych do pobliskiej Milówki. Nas czekała wygodna szkolna podłoga. Po krótkiej i sprawnej rejestracji poszliśmy z naszym bagażem na poszukiwania legowiska. Zawsze urzeka mnie oddanie i zaangażowanie lokalnej młodzieży, te uśmiechy na twarzach wolontariuszy zmiatające precz zmęczenie, to beztroskie i bezinteresowne oddanie w poczuciu współtworzenia czegoś większego. Im mniejszy bieg, a może inaczej - im bardziej kameralny, tym te uśmiechy bardziej szczere. Przepadam.
W szkole nie sposób było się zgubić, ale przekonaliśmy się chwilę potem, że śmiało można. Kierunkowskazy naścienne – NOCLEGOWNIA – prowadziły do wielkiej sali gimnastycznej – niejedna stołeczna podstawówka mogłaby pozazdrościć. Tam rozpalone światła i pobojowisko, karimat, śpiworów, toreb i ludzi. Niezły galimatias i mikstura śpiących, gadających, kąpiących się i rozpakowujących. Obok grzecznie przygotowane stroje na jutro. A to jutro już za chwilę, na zegarku wybiła 22. Start o 4 nad ranem, zostało 6 godzin. A właściwie to nie więcej niż 5, bo z Majkiem trafiliśmy bilety autobusowe na linię startu w Rajczy na 3:15. Pobudka o 3 max. Dość niepewnie przemaszerowaliśmy halą, wreszcie cisnęliśmy toboły na parkiet i zaczęliśmy rozwijać karimaty. Ja nie czułem się jakoś wybitnie komfortowo. Nie żeby przeszkadzało mi jakoś nadmiernie cokolwiek, ale obaj z Majkiem czuliśmy, że nas w tej szkole stać na więcejJ Ruszyłem na poszukiwania. Pierwsze piętro i zawalone korytarze, ale już fajniej, intymniej, ciszej, ciemniej, luźniej. Drugie piętro podobnie, ale z niższą frekwencją. Razem postanowiliśmy jeszcze wskoczyć na wyższy poziom i to był strzał w dziesiątkę. Klasa IIIb stanowiła wymarzone miejsce do spoczynku. Obok łazienka z lekko przeciekającym zlewem i kibelek z zapasem papieru tylko do naszej dyspozycji. Chwilę martwiłem się czy nas ktoś nie przepędzi z Sali, ale biegacze opanowali gimla bez reszty.
Szybka kolacyjka w ławce szkolnej, bułka z serkiem topionym typu gouda, popijana sokiem pomidorowym, a na deser Laskowce w czekoladzie to było idealne menu. Najlepsze w tych warunkach. Karimaty pod tablicą, ciuchy na bieg na ławkach, buty pod krzesłem, numery startowe przypięte, czas na krótkie kimanko. Warunki bezsprzecznie w porównaniu z halą komfortowe.
Majki odebrał kilka smsów o irytującym dźwięku powiadomienia, ale i tak odpłynąłem. Próbowałem w czołówce poczytać jeszcze kryminał Zygmunta Miłoszewskiego „Uwikłanie”, ale odpłynąłem, żeby we śnie zaliczyć swój przedbieg Chudego Wawrzyńca. Rany, ale mi się nałożyło dziwactw, wszystko parę godzin później pamiętałem, choć obrazy się nakładały na siebie. W moim śnie pojawił się Kulawy Pies – Majki myślał, gdy opowiadałem, że naprawdę jakiś kundel z kulawą nogą, ale ja biegłem ramię w ramię z Piotrem Karolczakiem, który taki pseudonim nosi. Kulawy Pies to nietypowy biegacz, pasjonat gór, ale traktuje to jako wyzwanie i zabawę jednocześnie. Przed dwoma laty wygrał pierwszą edycję Maratonu Gór Stołowych. Pamiętam jak na leśnym zbiegu mijał mnie na wariata, pędząc na łeb na szyję, klient bez koszulki z długim warkoczykiem. Pomyślałem sobie, że po pierwsze nieźle zjara plecy, był upał 35 stopni, a po drugie, że przeszarżuje. A On wygrał! To był właśnie Piotrek Karolczak. W moim śnie odgrywał niepoślednią rolę. Ale były tam również inne postaci, także Majki, przewinęła się moja Żona, a w nocy na klatce schodowej szkoły oświetliłem czołówką twarz samego Wayne’a Rooney’a. Zamieniliśmy dwa zdania, Roon powiedział, że nie leci, bo mu się nie chce, kiwnął pojednawczo, przybił piątkę i został na półpiętrze. A my polecieliśmy w dół, przez las, miasto, byliśmy na chwilę pod moim balkonem z lat dziecięcych, usypywaliśmy jakąś górkę, a może zasypywaliśmy jakąś dziurę. Wreszcie Kulawy Pies się wykruszył i stwierdził, że musi chwilę przekimać. Ja pobiegłem ze swoimi przygodami i sennymi wariacjami dalej. Na jawie Kulawy Pies nie zdrzemnął się na trasie Chudego Wawrzyńca ani razu, bo zajął 3.miejsce za Piotrem Hercogiem (zwycięzca) i Marcinem Świercem. Wszyscy wybrali krótszą trasę 50+, nieliczni zdecydowali się polecieć 80-tkę. Na 40. kilometrze Organizatorzy Magda i Krzysiek Dołęgowscy dali biegaczom szansę na weryfikację planów. Na rozstaju dróg można było wycenić samego siebie. Ja z ambitnego planu 80+ zrezygnowałem zaraz po starcie, Achilles lewej nogi nie pozwalał mi o sobie zapomnieć w żadnym z kroków, a tych postawiłem sporo.
Na trasie spędziłem 6h17m, zakręciłem się koło 20.miejsca, Majki przybiegł kilkadziesiąt minut później. Dla Niego to wyczyn, najdłuższy bieg w życiu. I to bardzo trudny, choć na początku złudnie dający nadzieję, że będzie dość łatwo. Nie było. Zdarzyła nam się wpadka ze złym skrętem na szlaku, na szczęście ktoś spojrzał na mapkę i nadrobiliśmy niecałe 2 kaemy. Poza tym nasza współpraca układała się wzorowo. Zmienność na prowadzeniu, trochę rozmów, raczej wyprzedzanie niż ustępowanie miejsca. A wszystko przy padającym, a właściwie lejącym jak z cebra deszczu. Przed punktem odżywczym na mniej więcej, raczej więcej, 40.km, oderwałem się od Majka i małej grupki, żeby szybciej dolecieć po wodę. Braki w bukłaku miałem już od godziny, zaczynałem odczuwać pragnienie i osłabienie. Niestety na punkt nie trafiłem, dopiero na rozstaju dróg wyrwałem organizatorom dwa łyki, a przy Bacówce chwaliłem niebiosa za ulewę. Zimna deszczówka prosto z rynny nigdy nie smakowała tak wybornie. Wypiłem sporo łapczywie, zimna i z minerałami, ale bukłaka nie miałem odwagi nią napełnić, haha.
Chudy Wawrzyniec spisał się na medal – sam medal jest prosty, ale wartościowy, bo robiony przez lokalsów. Drożdżówki na mecie pyszne, kanapek nie próbowałem, z posiłku nie skorzystałem – kupon gwarantował kaszę i gulasz - piwko lemoniadowe 2% i bezalkoholowe idealne, żeby uzupełnić pragnienie i braki. Do tego herbata, w sam raz, bo było 8-10 stopni, a wszyscy przemoczeni do suchej nitki. Nie pamiętam, żebym z taką ochotą leciał do szkoły, jak wczoraj. Czekał w miarę ciepły prysznic, po którym wracało się błyskawicznie do życia. Sam bieg oceniam pozytywnie, zdarzyły się małe wpadki z oznaczeniem trasy, które przeklinałem przy zgubieniu punktu odżywczego, ale reszta wraz z pogodą super, haha. Wyszło około 53 kaemów, w sumie pewnie z naszą nawrotką na szlak 55. Miało być 50+ i jestJ
Achilles bolał, ale zadbałem o niego i o siebie jak nie jaJ Zimny prysznic na oba, potem dwie aspirynki, wita C1000mg, skoncentrowany magnez z fiolki, nawet rutinoscorbin, BCAA – aminokwasy rozgałęzione, wreszcie wcierka z przeciwzapalnego spray’u w ścięgna. Podróż na tylnym siedzeniu auta z kulasami w górze, po przekątnej na zagłówku kierowcy, wiadomo, że bez butów. Dobrze zjadłem, zaliczyłem drzemkę, ale głównie czytałem „Uwikłanie”. Wciągające. I bieganie, i czytanieJ
Rano obudziłem się bez zgrzytu w ścięgnach, bez sztywnych nóg, z poczuciem i uczuciem, że wczoraj biegałem po górach, ale bez katastrofy. Ruszam zaraz na odnowę. Czas szykować się do UTMB! Teraz tydzień na bajku i basenie. Plus PBG i drążek. No i włączam EM ŻET. Dwa kilo w dół i będzie lżejJ
 Hough!
Rosół

wtorek, 7 sierpnia 2012

PÓKI NA TO CZAS!

Właśnie wróciłem z leśnej piętnastki. Skwar ustąpił, od rana siąpił, a momentami padał deszcz, ciężkie powietrze zastąpił dość ożywczy powiew chłodniejszego letniego wiatru. Na ścieżkach sporo kałuż, delikatne błotko, pustka i cisza. Biegacze pewnie w pracy albo jeszcze w domu wyczekując na lepszą  pogodę. Uwielbiam taki las, czuję jakby cały był mój, jakbym był u siebie. Leciałem dość swobodnie, w tempie 4:40 per kilo. Przez pierwsze 3  kaemy musiałem rozruszać Achillesy. Głównie ten lewy daje mi się we znaki. A wszystko zaczęło się od bólu biodra parę miesięcy temu.
Naderwałem jakiś przyczep po Półmaratonie Warszawskim, najprawdopodobniej podczas testu sędziów piłkarskich, w którym uczestniczyłem i nagrywałem z tego materiał do C+, gdy po kiepskiej rozgrzewce zabrałem się za 40-metrowe starty. Moje nierozgrzane mięśnie, głównie te z okolic biodra, nie wytrzymały gwałtownego przyspieszania, zresztą zapomnianego przeze mnie wskutek ultramaratońskiego treningu. No i się dorobiłem. A potem poszło standardowo łańcuchowo: oszczędzając w biegu podświadomie i świadomie lewe biodro, przeciążyłem prawe kolano. Lekko opuchło, trwało to kilka dni, jakoś przeszło. Potem przyszedł czas na lewą łydkę, a po niej na Achillesa. Od paru tygodni biodro czasem coś zasygnalizuje, ale to już teraz pieszczoty, natomiast ścięgno Achillesa trochę straszy. Poranki bywają trudne, maszeruję jak robot na prostych nogach. W biegu potrzebuję paru kilometrów, żeby zapomnieć o bólu. Nie jest on znowu taki mocny, żeby nie dało się z nim żyć, ale przy Achillesach raczej nie ma żartów. I nie wiem tylko z czego to wynika. Czy z przeciążenia czy może z nieodpowiednich butów?
Skora mowa o przeciążeniu, to akurat ostatnio narosło solidnie. 7 mocnych treningów w Beskidzie Niskim, wcześniej tatrzańska Marduła, pilicki cross, mazurski maraton, nadmorskie bieganie, a w piątek i sobotę kumulacja – 74 kilometry w dwa dni. Najpierw 75 kółek po bieżni razy 400 metrów to 30 kaemów, przy okazji ostatniego z 42-óch maratonów Augusta Jakubika (rekordzista Polski w biegu 48h) i Mariusza Szostaka w 42 dni. 30 kilometrów - zdecydowałem, że taki rozruch przed sobotnim Maratonem Karkonoskim wystarczy. Było upalnie, bieżnia nużąca, a mój Kumpel Pedro nie odpuścił ani metra i zrobił cały maraton – 105,5 kółka. Wieczorem już w Szklarskiej Porębie naładowaliśmy się karbolołdingowo pizzą i lampką czerwonego wina, Pedro wciągnął na deser sam całą czekoladę orzechową z okienkiem i walnęliśmy w kimę. A nad ranem stanęliśmy na starcie karkonoskich 44 kilometrów. Przed rokiem umierałem na trasie z gorączką i anginą. Tym razem obawiałem się tylko piątkowych 30 kaemów w nogach. Dałem radę !
Mój czas i miejsce nie są jakieś okazałe – 58 miejsce, 5h 10m w trasie, ale najważniejsze było co innego. Udało mi się przełamać w głowie miksturę samozadowolenia ze zmęczeniem w drugiej części dystansu. A kiedy na 40 kilometrze na Śnieżnych Kotłach uzupełniłem bidon mocno rozcieńczonym izotonikiem, pobiegłem relatywnie mocno ku Szrenicy, zresztą na jednym łyku płynu. A podbieg do schroniska pokonałem równym biegiem. W myślach powtarzałem sobie, że to za Kalatówki, czyli ośmiuset metrowy finiszowy podbieg do mety w Biegu im. Druha Marduły, który przemaszerowałem. Cały bieg starałem się zwalniać tylko przy wspinaczce. Tam szedłem mocno pod górę, na przykład na Śnieżkę wspinałem się z Bartkiem z Poznania w koszulce z Biegu Rzeźnika. To On mnie pociągnął za sobą, potem razem zbiegaliśmy w dół, skończył na pewno przede mną, miał więcej pary. Poza tym ja zacząłem się trochę asekurować, obawiając się, że trening z poprzedniego dnia mnie wykończy bez ostrzeżenia. Nie wykończył.
Najważniejsze, że na zbiegach i wypłaszczeniach poruszałem się żwawym biegiem. No i dość mocny finisz. To dwa wielkie dla mnie pozytywy wyjazdu w Karkonosze. A na Szrenicy czekał Pedro z butlą coli – brakuje mi jej na polskich biegach górskich – a po zimnej kąpieli wciągnęliśmy pysznego naleśnika z sosem jagodowym i śmietaną. Zjazd wyciągiem w dół przy pięknej pogodzie z cudnym widokiem na Szklarską Porębę był przemiłym doświadczeniem. Pedro to cyborg! W piątek machnął cały maraton, a w sobotę zajął 13 miejsce z czasem lepszym od mojego o około 47 minut. Mocarz! Przygotowuje się do Mistrzostw Świata we wrześniowym biegu 24h.
Medale są bardzo ładne, cała impreza udana pod każdym względem, materiał do „O co biega?” nagrany. Leciałem z kamerką GO PRO HD w dłoni, w drugiej miałem bidon, a w myślach nadzieję, że się nie wyłożę jak długi na jakiejś zdradliwej skałce. Gęba była zagrożona. Przetrwałem w jednym kawałku. Teraz regeneruję się, bo w sobotę 11 sierpnia o 4 nad ranem ruszę na szlaki Beskidu Żywieckiego. Nigdy tam nie byłem, więc chętnie poznam. Liczę na masę fajnych emocji, pięknych widoków, brak burz i dużo nauki techniki w pofałdowanym terenie. A wszystko pod UTMB!
Czas pomasować i wysmarować Achillesy. Muszę o nie zadbać póki nie jest za późno. Bo chyba jeszcze nie jestJ
Hough!
Rosół

środa, 1 sierpnia 2012

OBOK SIEBIE!

Coś we mnie siedzi, dziwnie kręci w piersiach i gardle, nadal mam wrażenie, że nie jestem w pełni zdrowy. Przedwczoraj wybiegłem na warszawskie ulice koło 15-ej, miałem w nogach i w płucach prawie 10 godzin wielkomiejskiego upalnego życia, bo wstałem 5:21. Planowałem wybiec w las rankiem, jednak pisanie blogów przytrzymało mnie do śniadania w domu. Potem kursowaliśmy z Maryśką na rowerze tu i tam, ogarnęliśmy masę ważnych spraw domowych, więc ruszyłem na spotkanie wracającego biegusiem z pracy Pedra dopiero w porze obiadowej. Z żalem zostawiłem przygotowany dla moich Dziewczyn posiłek – pstrąg z grilla i zielona fasolka szparagowa – i ruszyłem przed siebie. Pierwsze pół godziny to była katastrofa. Nawet niekoniecznie fizyczna, ale psychiczna na pewno. Pierwszy raz miałem w sobie i obok siebie taki stan.
Nie czułem swojego kroku. Nie męczyłem się zanadto, miałem parę w mięśniach, tempo w granicach 4:45, więc nie jakieś ślimacze, ale za nic w świecie nie mogłem wczuć się w swój trening, wejść w siebie. To było najpierw zaskakujące, potem trochę przerażające, wreszcie koszmarnie irytujące. Gdyby nie miting z Pedro, pewnie zawinąłbym się na pięcie i wrócił metrem albo spacerem do domu. Czułem się momentami jak ktoś na solidnym rauszu, zastanawiałem się czy nie biegnę wężykiem, czy czasem się nie zataczam na zakrętach. Postanowiłem powalczyć i sprawdzić co będzie dalej.
Kulminacja mojego przedziwnego stanu nieważkości nadeszła przy przejściu podziemnym. Nie czułem pod stopami żadnego schodka. Musiałem iść po jednym, zamiast skakać po trzy naraz. Zero pewności, kontaktu z podłożem, odczuwalnego odbicia. Chyba mi odbiło. W płucach raczej czysto, serducho pracowało zgodnie z tempem, zawirowanie dotyczyło tylko odbierania bodźców biegowych przez moje ciało. Nagle na 7-ym kilometrze przyszedł przełom. Coś się przełączyło i zadziwiające uczucia, odczucia i myśli odeszły. Rytm biegu, jego tempo pozostały bez zmian, nie przyspieszyłem, nie o to przecież chodziło. Natomiast bezsprzecznie wróciłem do swojego ciała. Wcześniej miałem wrażenie, że myślami jestem obok, że ciało bez czucia leci samo. Gdy wpadłem na Pedro wszystko już było w porządku, czułem się mocno, pewnie, podkręcaliśmy tempo przy gadce szmatce z każdym kilometrem. W domu zrobiłem mocne, szybkie PBG i poleciałem do Dziewczyn na plac zabaw. Na szczęście zostało w garnku sporo fasolki, więc zapakowałem sobie na wynosJ
Wczoraj nie czułem się zbyt komfortowo. Jakieś osłabienie, ale falowo, nie w trybie ciągłym. Lekkie drapanie w gardle, znów trudniejszy momentami oddech, więc odpuściłem popołudniowe bieganie i postawiłem na domowe kuracje lecznicze, typu super witamina C – koktajl: cytryna, banan, natka, miód – kupiony, sam bym na to nie wpadłJ, a wieczorem mleko ciepłe z masełkiem i miodem. Nie wiem czy pomoże, bo od rana czuję się… dziwnie. A w sobotę o świcie start Maratonu Karkonoskiego. Poza tym Pedro ma szaleńczy plan, żeby jechać do Szklarskiej Poręby via Katowice i w piątek o 11-ej zaliczyć ostatni, bo 42 w 42 dni, maraton z Mariuszem Szostakiem i Augustem Jakubikiem. Maraton po bieżni przed maratonem górskim. Niezły rozruch, nie?!
Hough!
Rosół

piątek, 27 lipca 2012

ODKRĘCANIE ŚRUBKI!

Wróciłem z Beskidu Niskiego nafaszerowany nadzieją. Na wzbicie siebie o biegowy szczebel wyżej, pchnięcie krok dalej, zrozumienie ciut lepiej. Zaliczyłem niezły obóz górski, choć bez przesady. 7 treningów w 9 dni weszło w nogi i w nawyk. Dwa środkowe dni poświęciłem na leczenie przeziębienia, jakiś wirus krążył w „Kowboju”, agromiejscu, w którym żyłem. A właściwie to biedy wszystkim niemal domownikom napytał pewien mieszczuch z zamieszkania o sercu wagabundy. Pierwszego dnia w deszczu i chłodzie poruszał się boso, a wirus tylko na takiego kozaka czekałJ Rozłożył właśnie najpierw Mikiego, a potem kolejno wyłapywał resztę ferajny. Ja też oberwałem rykoszetem.
Niby już się z nim uporałem, ale czuję, że coś we mnie siedzi. Poza tym miejski upał jest nie do zniesienia, uff, dobrze, że do leśnej ścieżki mam tylko 900 metrów. Tam jest już względnie miło w porównaniu z betonolandem. Dziś się waham czy wybiegać, bo jutro wieczorem Bieg Powstania Warszawskiego, a chcę w nim znów urwać kilka chwil z mojej życiówki sprzed roku. Jest 36:15, a będzie?
No i tego sam nie wiem, przekonam się. W górkach pracowałem solidnie, wiadomo, można było więcej, ale bez przesady. Sporo spałem, dobrze jadłem, nigdzie się nie spieszyłem, więc i regeneracja przebiegała dość sprawnie. Odpaliłem wreszcie swoje tajne legginsy RECHARGE+, które sprezentował mi Luke Fabiański. Należy je włożyć zaraz po treningu i kąpieli nawet na całą dobę. Słowo, działają. Sam jestem zaskoczony, bo bywam sceptyczny, jeśli chodzi o takie wynalazki. Tym razem korzystam i polecam. Po długich trzygodzinnych wybieganiach w górach były najlepszą odnową biologiczną.
Moje 3 wycieczki po górkach były wspaniałe. Wąskie ścieżki, kamienie, błoto, ostre krzaki, wymagające zbiegi i podejścia. Pierwsze dwie wyprawy samotnie, ostatnia z Mikim, który zaleczył infekcję i ruszyliśmy ramię w ramię na Kozie Żebro. Tempo było w sam raz dla rekonwalescenta i podmęczonego treningiem z poprzedniego dnia. Dzień wcześniej dałem sobie w kość i choć leciałem po asfalcie to uważam ten trening za najbardziej wartościowy. Około 25 kilometrów w słoneczny poranek, trasa usiana bardzo długimi zbiegami, które starałem się pokonywać lekko na wariata i równie długie wzniesienia, którym nie zamierzałem odpuszczać. 2 godziny i 10 minut walki ze sobą, żeby w dół nie wytracać tempa, pod górę nie zwalniać i nie pękać, a po płaskim zasuwać. Końcówka była wyczerpująca, ale dobiłem do mety. I wszystko bez kropli wody, w ogóle mało piłem na tych długich biegach. Za to po powrocie niczym Spartanin – opowiedział mi tę historyjkę jeden z gości w „Kowboju” Czarek - nalewałem sobie kubek zimnej wody źródlanej, przysiadałem na schodkach tarasu, kubek stawiałem przed sobą i dopiero po pięciu minutach brałem pierwszy łyk. Dodatkowa motywacjaJ
Pomiędzy wybieganiami zrobiłem jeden trening zbiegów i podbiegów na złamanie karku. Na szczęście kark jest sztywny, znaczy nie złamany, znaczy cały. Start na rozwidleniu dwóch kamienisto – wyboisto – błotno – zielno – wodnych ścieżek i raz prawa, a potem lewa strona. Zbieg na wariackich papierach trwał ponad dwie minuty, najdłuższy około trzech, zwrot i podbieg. Chwila odpoczynku, tak około dwóch minut i ognia w dół na pazurki! Ciężka tyrka i znakomita lekcja techniki. Niesamowita jest ta intuicja przy zbiegach, przecież zasięg wzroku obejmuje najbliższe dwa kroki. Sztuka wyboru miejsca stąpnięcia i wybicia dalej jest emocjonującą i ryzykowną grą. Potknięcie to wybite zęby, chyba, że uda się wyciągnąć ręce, wtedy biada nadgarstkom. O skręceniu nogi nawet nie chcę myśleć. Myślę więc  pozytywnie, do przodu, a właściwie to w dółJ Z każdym powtórzeniem odkręcałem śrubkę niezdrowego rozsądku coraz mocniej, trzymała coraz luźniej, a tempo zwiększałem. Było ostro i fantastycznie.
Teraz ważne zadanie to nie rozłożyć się, przegnać precz czającego się wirusa. Przed rokiem poległem na Maratonie Karkonoskim przez wysoką gorączkę i startującą anginę. Ból istnienia na trasie był koszmarny. Metę osiągnąłem, ale dawno się tak nie umęczyłem. Pamiętam, że po zjeździe wyciągiem ze Szrenicy i zjedzeniu pomidorówki i naleśników, przestało mną telepać, a powrót autem do domu nieco urozmaicił mi Krzysztof Kolberger czytający audiobookowo „Karierę Nikodema Dyzmy”. Potem jednak był antybiotyk, którego teraz chcę uniknąć.
Za tydzień właśnie Karkonosze, za dwa Chudy Wawrzyniec, czyli 8 dych po Beskidzie Sądeckim, no a 1 września jednak wzywa Mont Blanc. UTMB równe 166 kilometrów! Moje marzenie! Ale o tym później. Na razie pierwszeństwo mają piękne polskie góry!
Hough!
Rosół