piątek, 27 lipca 2012

ODKRĘCANIE ŚRUBKI!

Wróciłem z Beskidu Niskiego nafaszerowany nadzieją. Na wzbicie siebie o biegowy szczebel wyżej, pchnięcie krok dalej, zrozumienie ciut lepiej. Zaliczyłem niezły obóz górski, choć bez przesady. 7 treningów w 9 dni weszło w nogi i w nawyk. Dwa środkowe dni poświęciłem na leczenie przeziębienia, jakiś wirus krążył w „Kowboju”, agromiejscu, w którym żyłem. A właściwie to biedy wszystkim niemal domownikom napytał pewien mieszczuch z zamieszkania o sercu wagabundy. Pierwszego dnia w deszczu i chłodzie poruszał się boso, a wirus tylko na takiego kozaka czekałJ Rozłożył właśnie najpierw Mikiego, a potem kolejno wyłapywał resztę ferajny. Ja też oberwałem rykoszetem.
Niby już się z nim uporałem, ale czuję, że coś we mnie siedzi. Poza tym miejski upał jest nie do zniesienia, uff, dobrze, że do leśnej ścieżki mam tylko 900 metrów. Tam jest już względnie miło w porównaniu z betonolandem. Dziś się waham czy wybiegać, bo jutro wieczorem Bieg Powstania Warszawskiego, a chcę w nim znów urwać kilka chwil z mojej życiówki sprzed roku. Jest 36:15, a będzie?
No i tego sam nie wiem, przekonam się. W górkach pracowałem solidnie, wiadomo, można było więcej, ale bez przesady. Sporo spałem, dobrze jadłem, nigdzie się nie spieszyłem, więc i regeneracja przebiegała dość sprawnie. Odpaliłem wreszcie swoje tajne legginsy RECHARGE+, które sprezentował mi Luke Fabiański. Należy je włożyć zaraz po treningu i kąpieli nawet na całą dobę. Słowo, działają. Sam jestem zaskoczony, bo bywam sceptyczny, jeśli chodzi o takie wynalazki. Tym razem korzystam i polecam. Po długich trzygodzinnych wybieganiach w górach były najlepszą odnową biologiczną.
Moje 3 wycieczki po górkach były wspaniałe. Wąskie ścieżki, kamienie, błoto, ostre krzaki, wymagające zbiegi i podejścia. Pierwsze dwie wyprawy samotnie, ostatnia z Mikim, który zaleczył infekcję i ruszyliśmy ramię w ramię na Kozie Żebro. Tempo było w sam raz dla rekonwalescenta i podmęczonego treningiem z poprzedniego dnia. Dzień wcześniej dałem sobie w kość i choć leciałem po asfalcie to uważam ten trening za najbardziej wartościowy. Około 25 kilometrów w słoneczny poranek, trasa usiana bardzo długimi zbiegami, które starałem się pokonywać lekko na wariata i równie długie wzniesienia, którym nie zamierzałem odpuszczać. 2 godziny i 10 minut walki ze sobą, żeby w dół nie wytracać tempa, pod górę nie zwalniać i nie pękać, a po płaskim zasuwać. Końcówka była wyczerpująca, ale dobiłem do mety. I wszystko bez kropli wody, w ogóle mało piłem na tych długich biegach. Za to po powrocie niczym Spartanin – opowiedział mi tę historyjkę jeden z gości w „Kowboju” Czarek - nalewałem sobie kubek zimnej wody źródlanej, przysiadałem na schodkach tarasu, kubek stawiałem przed sobą i dopiero po pięciu minutach brałem pierwszy łyk. Dodatkowa motywacjaJ
Pomiędzy wybieganiami zrobiłem jeden trening zbiegów i podbiegów na złamanie karku. Na szczęście kark jest sztywny, znaczy nie złamany, znaczy cały. Start na rozwidleniu dwóch kamienisto – wyboisto – błotno – zielno – wodnych ścieżek i raz prawa, a potem lewa strona. Zbieg na wariackich papierach trwał ponad dwie minuty, najdłuższy około trzech, zwrot i podbieg. Chwila odpoczynku, tak około dwóch minut i ognia w dół na pazurki! Ciężka tyrka i znakomita lekcja techniki. Niesamowita jest ta intuicja przy zbiegach, przecież zasięg wzroku obejmuje najbliższe dwa kroki. Sztuka wyboru miejsca stąpnięcia i wybicia dalej jest emocjonującą i ryzykowną grą. Potknięcie to wybite zęby, chyba, że uda się wyciągnąć ręce, wtedy biada nadgarstkom. O skręceniu nogi nawet nie chcę myśleć. Myślę więc  pozytywnie, do przodu, a właściwie to w dółJ Z każdym powtórzeniem odkręcałem śrubkę niezdrowego rozsądku coraz mocniej, trzymała coraz luźniej, a tempo zwiększałem. Było ostro i fantastycznie.
Teraz ważne zadanie to nie rozłożyć się, przegnać precz czającego się wirusa. Przed rokiem poległem na Maratonie Karkonoskim przez wysoką gorączkę i startującą anginę. Ból istnienia na trasie był koszmarny. Metę osiągnąłem, ale dawno się tak nie umęczyłem. Pamiętam, że po zjeździe wyciągiem ze Szrenicy i zjedzeniu pomidorówki i naleśników, przestało mną telepać, a powrót autem do domu nieco urozmaicił mi Krzysztof Kolberger czytający audiobookowo „Karierę Nikodema Dyzmy”. Potem jednak był antybiotyk, którego teraz chcę uniknąć.
Za tydzień właśnie Karkonosze, za dwa Chudy Wawrzyniec, czyli 8 dych po Beskidzie Sądeckim, no a 1 września jednak wzywa Mont Blanc. UTMB równe 166 kilometrów! Moje marzenie! Ale o tym później. Na razie pierwszeństwo mają piękne polskie góry!
Hough!
Rosół

sobota, 14 lipca 2012

NA MATERACE!

Wszystko rozbija się o regularność. Jestem nieregularny do kwadratu! Niby biegam dużo, czasami bardzo dużo, ale nagle wpadam w tumiwisizm. Mam swoje plany, ale sam je burzę brakiem konsekwencji. I raczej nie ma żadnych zagrożeń mojego planu z zewnątrz, wszystko pochodzi i wychodzi ze mnie. Marazm, zniechęcenie, pozorny entuzjazm, zalepianie zaplanowanych treningów innymi. Jestem zdecydowanie za urozmaicaniem, bieganiem zgodnym z samopoczuciem, ale u mnie przerodziło się to w dziwne odpuszczanie. Jak nie u mnie.
Pierwszy biegowy przykład z brzegu, od nowego akapitu, to sam blog. Ponad miesięczna przerwa od ostatniego wpisu. Niby czemu? Nie miałem czasu na krótkie regularne wpisy? Nie miałem o czym skrobnąć? Przecież przebiegłem Cross nad Pilicą, Maraton Mazury, nawdychałem się jodu na trasie Dębki – Białogóra i z powrotem, podziwiałem krajobrazy na Warmii, zaraz wbiegam w swój kabacki las. A przede mną Maraton Karkonoski, Chudy Wawrzynniec, no i 1 września UTMB wokół Mont Blanc! Przepadłem w styczniowym losowaniu, ale dostałem się dzięki akredytacji dziennikarskiej, przywiozę stamtąd magiczne wspomnienia i genialny materiał filmowy do programu „O co biega?”. Ale najpierw muszę znów dogadać się ze sobą.
Po Maratonie Mazury zrobiłem nad Morzem 8 dni wolnego. Jak dla mnie od paru lat to niemal biegowe nie-biegowe wakacje. Biłem się z myślami czy nie zaliczyć w tym czasie trzech krótkich półgodzinnych treningów podtrzymujących, czy nie byłoby warto robić moje PBG (pompki, brzuszki, grzbiety:), ale nic nie wskórałem. Żarłem gofry bez wyrzutów sumienia. Może tak czasem trzeba? Teraz już to nie ma znaczenia, minęło, nadrabiam miniony czas. Nie napiszę, że stracony, bo był pełen przyjemności z Rodzinką i Przyjaciółmi, choć bez biegu. Wszystko rozgrywa się w głowie.
Zachęcam siebie do wpadania w miłe rytmy. Do regularności, rzetelności, rozwijającej powtarzalności. Gdy pisałem bloga co kilka dni, sprawiało mi to wielką frajdę, gdy piszę teraz również, brak wpisu przez miesiąc mnie męczył. Ale nic nie wrzuciłem na bieżąco. Why?  Bo zderzam się właśnie z jakąś niewidzialną biegową ścianą, przez którą nie mogę się głową i w głowie przebić. Zamontowałem drążek na parkingu kwartał temu, a podciągać się nie nauczyłem. Rzadko jeżdżę samochodem, więc mam nie po drodze, haha. Od dwóch tygodni obiecuję sobie codzienne PBG – od kwadransa po pół godziny. Nie dłużej, ale regularnie i w różnych układach, sposobów jest bez liku. Nie realizuję, zadowalam się ćwiczeniami co dwa, trzy dni. Niby nienajgorzej, ale nie w tym rzecz.
Co robiłem jeszcze przez ostatni miesiąc? Przeczytałem książkę, sukces!, haha, autorstwa biegacza i dziennikarza Wojtka Staszewskiego „Ojciec.prl”, wpadłem w warszawski klimat „Złego” Tyrmanda. Przebiegłem pilicki cross, ale niepełny, bo 4 pętle po 7 kilometrów, uznałem, że medal za półmaraton z okładem wystarczy, mierząc tydzień później w mocniejszy start w mazurskim maratonie. W Gałkowie leciałem mocno pierwszą połówkę – crossowe 21 kaemów osiągnąłem w 1h31m38s, 3 godziny z hakiem na mecie byłoby super wynikiem, ale padłem pomiędzy 25 a 30 kaemem, wskoczyłem nawet na chwilę do rzeki Krutyni, żeby schłodzić sztywne kulasy. Odcięło mnie na tyle skutecznie, że musiałem zwolnić i potem już do wyjściowego tempa nie nawiązałem. Skończyło się na 24. miejscu i czasie 3h21m35s (mniej więcej:). Potem był nadmorski bezruch, gofry w nadmiarze, winko przy EURO i rybka w panierceJ pychota, ale tym wolnym czasem powinienem pokierować ciut lepiej. Nie pokierowałem. Następnie wbiegłem mocniej w trening, kursy po trasie Dębki – Białogóra, w obie strony 16 – 17 kilometrów, powrót zawsze ramię w ramię z Pirem, a potem PBG. I odżywki, które szybko stawiały mnie na nogi! Czułem jak wraca moc. No i znów czarcia zapadka w głowie. Tylko 2 treningi w 5 dni! Wczoraj podratowałem się trochę mocnym pedałowaniem, ale aż wstyd się nawet przyznawać. Na szczęście ruszam na walkę ze sobą. Ciężko mi to wytłumaczyć. Chcę biegać i nie chcę, mam ochotę i jej nie mam, czuję endorfiny po wybieganiu, ale ciężko mi się na nie wybrać. Dlatego: „Na materace” z samym sobą!
Następny wpis za kilka dni już z Beskidu Niskiego. Z górkami wiążę wielkie nadzieje. To ma być mój etap zwrotny! „Na materace”!
Hough!
Rosół

środa, 6 czerwca 2012

ZRZUCAM TO NA KARB!

Od czego tu zacząć… Może od końca, bo początku już nie pamiętam, haha. Zawiesiłem się na czas dłuższy niż planowałem. Jednak ostatnio przebiegłem niesamowity bieg w Tatrach i postanowiłem wrócić, tarrraaam, na rossbieg!
V Bieg im. Druha Marduły był kapitalny z kilku względów. Po pierwsze, bo po górach, po drugie, bo po górach, których kompletnie nie znam, po trzecie, bo po górach, które dają wycisk i doznania zupełnie innej kategorii niż ulica. A Druh Marduła i organizatorzy nikogo nie oszczędzają, włącznie ze swoimi poharatanymi brodami wskutek upadków – patrz Leszek BehounekJ. Te były naprawdę liczne na wymagającej trasie biegowspinaczki. Z Kasprowego Wierchu zbiegałem na łeb na szyję z kamerką go pro w dłoni, biorę ją na biegi do ręki, bez żadnej obudowy, żeby była najmniejsza i najlżejsza. Zbiegałem w dół po skałach, kamieniach i nierównych naturalnych schodach ramię w ramię z Biegaczem, którego nawet nie zapytałem o imię. Po kwadransie rozmowy, a właściwie moich pytań i Jego odpowiedzi, po krótkiej ciszy i pędzie w skupieniu z górki na pazurki, nagle On wyłożył się jak długi. Efekt? Rozorane dłonie, złamany mały palec, rozbity łuk brwiowy, pokaleczone od ostrych skał nogi. Wyrwałem nadbiegającemu Chłopakowi butelkę z wodą, na szybko przemyliśmy rany i nastąpiło pożegnanie po żołniersku. On rzucił, żebym leciał, ja z lekkim wyrzutem sumienia klepnąłem Go po ramieniu i znów zbiegałem ku Kuźnicom. Chwila dekoncentracji, zwykłego niefartu i po biegu. Górskie zbiegi nie wybaczają. A tych było dużo podczas Marduły. Tegoroczna trasa była wydłużona do 25,4 km, zwiększono przewyższenia do ponad 3000 metrów, a wszystko dla utrudnienia warunków podczas I Mistrzostw Polski w Skyrunning’u. Wygrał Marcin Świerc z niewyobrażalnym czasem 2h13m. Ja dobiłem na Kalatówki w 3h20m, więc rozstrzał i różnica klas jak między mną a Kenijczykiem w płaskim maratonie. Wśród Kobiet triumfowała niezawodnie niezawodna Ania Celińska. Za metą porozmawiałem z Nią do programu „O co biega?”, świetna rozmowa z Dziewczyną, dla której góry to naturalne środowisko. Jej czas 2h39m mówi wszystko! Dowiedziałem się co to bieg alpejski – tylko w górę, anglosaski – góra, dół, podbieg sposobem pirenejskim – wspinanie się opierając dłonie na kolanach i pochylając sylwetkę do przodu. Podejścia tatrzańskie były ostre, moje nogi dostały najmocniej przy mozolnym wbijaniu się na Karb. Tam było najtrudniej.
Dla mnie nieznajomość Tatr była pewnym bonusem. Nie odliczałem kilometrów, poznawałem miejsca, które urzekły mnie swoim naturalnym kształtem, wiedziałem, że meta coraz bliżej, ale żal mi było tego co za mną. Kino Sokół – tam był start, dalej pod skocznią na szlak w górę ku Nosalowi, przez Skupniów Upłaz na Karczmisko, Murowaniec, przy pięknym Czarnym Stawie, wspinaczka na Karb, w dół obok Zielonego Stawu w Dolinę Gąsienicową, na Kasprowy Wierch i ku Kuźnicom, by ostatecznie po kocich łbach dobić na metę na Kalatówkach. Teraz żałuję, że na wycieńczenie nie zmierzyłem się z ostatnim odcinkiem, 800 metrów w górę, w biegu. Następnym razem.
Moja Marduła z założenia nie była wyścigiem, była bardzo mocnym akcentem w treningu z nastawieniem na podziwianie wysokich gór. Co nie znaczy, że się obijałem. Każde wypłaszczenie i zbieg traktowałem bieganiem, podejścia mocnym marszem lub wspinaczką. Mięśnie czworogłowe miło palą do teraz. Zresztą przed startem się nie oszczędzałem, bo w piątek przebiegłem po Warszawie 29 kaemów, a w sobotni ranek ramię w ramię z Pedrem raźną „piętnastkę”. Nawet Pedro zdziwiony zapytał czy ja nie mam czasem startu za 24h, a ja na to, że to ma być mocny weekend. I był. Poniedziałkowe 10 km rozbiegania po 5 min per kilo i solanka przyniosły ukojenie, ale we wtorek, który zrobiłem wolnym dniem, nogi piekły. Drugi dzień po starcie jest zawsze najgorszy, ale regeneracja przyniosła efekt, bo wczoraj BNP, czyli mój bieg z narastającą prędkością wypadł nieźle. Tuzin kaemów od 4:40 do 3:52 przepalił ostatki zmęczenia. Moje ostatnie dwa tygodnie doładowały moc w mięśniach.
Wcześniejsze 10 dni spędziłem z Marysią i Teściami w Ustce. Trafiliśmy na klawą pogodę, ja solidnie pobiegałem w urozmaicony sposób. Było dłuuugie wybieganie do Darłowa, około 40 kilometrów wzdłuż drogi ciągnącej się kilkusetmetrowymi podbiegami i zbiegami o niskim nachyleniu. Pokonywałem je pasywnie, nie zwiększałem ani nie zmniejszałem tempa, były wliczone w mój rytm. Była siła biegowa boso na piachu. Był cudny bieg lasem i szlakiem zwiniętych torów do Poddąbia, w tym 5 kaemów fantastyczną asfaltówką przecinającą las z lekkim spadkiem, wijącą się, zupełnie opustoszałą, przejechał koło mnie tylko jeden samochód. A dzień budził się uśmiechem słońca. Powrót z Poddąbia klifem i wydmami był równie trudny i przejmujący smakiem bryzy oraz dźwiękiem i widokiem fal rozbijających się o brzeg. 150 minut w trasie minęło w okamgnieniu. Był też cross leśny, niby godzinka, ale w mocnym tempie, bez pieszczot. No i na deser 90 minut środkiem plaży, w moich cascadiach, prawdziwe mielenie kopnego piachu w sprawnym biegu.
Poza tym ciągłe śmiganie po plaży za Marią, nawet nie czułem, że dodatkowo dobijam mięśnie. Ale był przecież nieoceniony mocny sen, drzemka z Marysią w ciągu dnia, brak pośpiechu, a moc uśmiechuJ
Żeby jakoś spiąć klamrą czas od ostatniego wpisu: zamiast maratonu przleciałem w łodzi tylko dystans 10 km, ledwie dotoczyłem się z potwornym bólem w stawie biodrowym, teraz moje biodro ma się nieźle, boli, ale nie tak jak wcześniej. Usg nie wykazało wielkich uszkodzeń, trochę naderwania jednego z przyczepów, jakaś cysta, odrobina stanu zapalnego, ogólnie zaleczyło się. Czuję je nadal, ale współpracujemy w biegu. Pomógł mi wolny czas, który zafundowałem sobie przy pracowych eskapadach do Manchesteru, Porto, a potem spokojne wprowadzanie biodra w trening na urlopie z Rodzinką u Fabiana w LondynieJ
Teraz mam w planach II Cross nad Pilicą, zapisałem się na maraton, a tydzień później pierwszy Maraton Mazury. Chciałem na wariackich papierach polecieć Rzeźnika w piątkowy ranek, start o 3:20 w Komańczy, ale nie ogarnę tematu logistycznie. Poza tym czas na otwarcie EURO! Ten tydzień ma być urozmaicony. Dziś luźniej, dłużej, jutro mocniej, może kilometrówki albo Kazoorka. Spokojnie, coś się wymyśliJ
Hough!
Rosół

piątek, 13 kwietnia 2012

MÓJ MAGIEL!

Wkręciłem się w pracowy magiel. Czasem czuję się jak w drzwiach obrotowych, z których nie udaje mi się wyskoczyć. A jak już wyskakuję to na tak niedostrzegalną chwilę, że chyba już lepiej jak jej w ogóle nie ma. Na szczęście oduczyłem się, bo też umiałem jak wszyscy, narzekać na sprawy, które burzą w sposób codzienny mój treningowy plan. U mnie zaczęło się liczyć tylko słowo „zrobiłem” z całym swoim przekazem i konsekwencjami. „Chciałem”, „gdyby”, „mógłbym” – odrzuciłem w przedbiegach.
Testem mojego innego nastawienia był miniony kwartał z półmaratonem jako wisienką, a właściwie czeresienką na torcie. Wisienka ładna, ale kwaśna, a moim ulubionym owocem jest czereśnia, więc stąd podmianka. A moja życiówka smakowała słodko. Ale żeby nie przesłodzić czas zmierzyć się ze sobą po dwakroć, czyli na 42195 metrów. Jestem prawie gotów fizycznie, od dawna na sto procent mentalnie. Jadę do Łodzi złamać 2h52m!
Fizycznie czuję nieustanny ból w lewym biodrze. Już teraz permanentny z gwałtownymi atakami przeszywającego rwania i szarpania w okolicy przyczepów. W czwartek ruszyłem na superkompensację pod jednostkę wojskową. Wystartowałem punktualnie o 6 rano, pogoda była idealna. Chłodno, ale już nie mroźno, wschodzące słońce, pustka na drodze. 2 kilometry mocnego dobiegu w ramach rozgrzewki, chwila ogólnorozwojówki i po 10 minutach na linię startu. Ruszyłem zbyt gwałtownie, bo pierwszy tysiączek zaliczyłem z nawrotem na półmetku w 3:20. W planach miałem w sumie 7, więc wypadało przystopować. Reszta poszła niemal jak z płatka po 3:25-3:28. Niemal, bo o ile nogi, serce i płuca niosły klawo, to biodro nie chciało współpracować na tym samym poziomie. Ból przy każdym kroku był odczuwalny i nie dawał o sobie zapomnieć. Cały czas nie daje.
Ale w niedzielę pobiegnę po 4 minuty z hakiem per kilo. Jedziemy o świcie z Pedrem. Na razie jestem bez planu, mapy i pomysłu. Mam w głowie jeden – 2h52m. to i tak dużo. Bo wolę mieć ten najważniejszy w głowie, a reszta na pewno się uda. Smaruję biodro maścią przeciwzapalną, łykam traumell s, staram się wysypiać i w miarę dobrze odżywiać. Co to znaczy? Jem regularnie, bez ogromnych porcji, raczej częściej niż rzadziej, urozmaicam menu. Dziś na śniadanie była pożarta w locie do pracy pyszna wielka drożdżówa z serkiem w środku, potem już na montażu kanapki z razowcem, serem brie i pomidorem, w domu makaron penne razowy z pysznym sosem pomidorowym z ricottą barilli, wreszcie jak się Panna Maria wykąpie i umorusa całą łazienkę, wstawię sobie kupny, ale smaczny i sprawdzony barszcz ukraiński z fasolą. Burak to przyjaciel biegacza, a fasola na rozpędJ Poza tym wchłaniam w ramach nawodnienia aloes i zieloną herbę. Pół butli wody też weszło. Nie za dużo, w sam raz.
Nie lubię się nażerać na siłę, karbolołding kontrolowany. Przecież biegam zawsze na czczo, nieważne czy szybką dyszkę, tysiączki czy długie wybieganie. Dopiero potem uzupełniam co trzeba. Nie mogę przeholować, bo organizm zgłupiejeJ Jutro też pewnie poprawię makaronem, może kawałek rybki, maratońskie śniadanie to u mnie buła i herbata, o to się nie martwię. Dziś koniecznie muszę pospać, to najważniejsza noc przed startem, przetestowałem to i w to niezmiennie wierzę. A ponieważ muszę jutro wstać o 5:00, więc czas łapać poziom. Nie mam czasu na myślenie o tym co w niedzielę wydarzy się w Łodzi i to doceniam. Niedziela to dla mnie w piątek wieczorem zbyt odległy termin. Po drodze jeszcze masa roboty. I sporo czasu dla mojego bioderka, nie warto go marnować. Za dużo myślenia mi zawsze przeszkadzało. Lepiej w biegu czuję się atakując go… z marszuJ
Hough!
Rosół

czwartek, 5 kwietnia 2012

DBAM O ZDROWIE!

Pełna nazwa mojego najbliższego celu to Łódź Maraton Dbam o Zdrowie. Głównym sponsorem jest sieć aptek. Ja ostatnio jestem ich dość częstym klientem. Ból w kolanie utrzymuje się cały czas. Już teraz po działaniu przeciwzapalnym homeopatycznym traumellem w tabletkach, diklofenakiem w maści i odpoczynkiem w bezruchu jest lepiej, ale nadal nie perfekcyjnie. Stawiam, że uszkodziłem coś na teście sędziów podczas startów w odcinkach 40-metrowych. Zbyt gwałtowne szarpnięcia, za krótka i zbyt mało intensywna rozgrzewka i organizm nie wybaczył. Za ostry impuls dla maratońskich mięśni. A potem dobitka sesjami 30-sekundowymi. To było w środę.
W czwartek też sobie nie pomogłem, pewnie pogłębiłem lekki uraz. Przy nagrywaniu dziesiątek krótkich ujęć do czołówki programu biegowego, zaliczyłem tyle samo zrywów, przebieżek i zbiegów. Bez rozgrzewki, nagle, w chłodzie, z zesztywniałymi mięśniami w roli głównej. Odpowiedzialność to słowo, o którym na chwilę zapomniałem. Teraz wiem, że bym postąpił inaczej. Jak? Dobra rozgrzewka to raz. Dres w czasie przerw na siebie to dwa. Nie paradowałbym w krótkich biegowych gatkach i koszulce z rękawkami przy silnym, mroźnym wietrze i lekkim deszczyku. Wreszcie działanie lekiem przeciwzapalnym od razu to trzy. Zbagatelizowałem mały problem, dlatego mam teraz duży.
Po piątkowej solance w weekend wyjechaliśmy z Żoną do Poznania. Marysia została u Babci, Psice u MM’sów, czyli, Maggie i Majka, my spróbowaliśmy chwilkę odetchnąć. Ja miałem trochę pracy, Kasia czas na odsypianie i złapanie dystansu po upiornym dla niej śpiocha tygodniu radiowych poranków, pobudek o 3:30 i niewyspaniu do wieczora. W sobotę zaliczyłem godzinę dość mocnego biegu, myślę, że ponad 13 kilometrów w wietrze, deszczu, słońcu i… ograniczonej ruchomości w stawie kolanowym. Dobry humor, pyszny obiad w Spocie (polecam to miejsce każdemu, kto jest głodny w PoznaniuJ), wreszcie świetny mecz do skomentowania, a potem relaks. Kolacja i kimka u Znajomych na kanapach i fotelu, wybaczyli nam, wiedzą, że to u nas norma w gościachJ. Jak dobrze zjemy, to na zmęczeniu strzelamy krótkiego komarka, ja w pakiecie z pochrapywaniem. Nocleg jednak w naszym hotelu, a w niedzielę o świcie start w miasto. Przez całe kilka dni biłem się z myślami czy wystartować w Półmaratonie Poznańskim, ostatecznie zrezygnowałem, bo znacznie skróciłbym nasz wspólny, bezcenny czas razem. Stąd pomysł na bieg samodzielny przed 7:00. 35 minut później byłem z powrotem w pokoju. Nie miałem melodii do latania. Co się na to złożyło?
Lekkie zniechęcenie, dyskomfort w prawym kolanie, okropna pogoda, czyli lodowaty wiatr, śnieg, grad, deszcz, słońce, deszcz, śnieg, grad i nadciągająca kupa. Zmuszałem się, żeby pobiec jeszcze kawałek, ale ostatecznie odpuściłem. Po ciężkiej sprawie zrobiłem jednak mocne PBG. 5 serii dało mi w kość, więc jednoznacznie dzień treningowy nie poszedł na marne. Wiadomo: trening skończony, dzień zaliczonyJ
Jednak jak na niedzielne standardowe długie wybieganie wypadłem kiepsko, tym bardziej na dwa tygodnie przed maratonem w Łodzi. Lecz uznałem, że w poniedziałek lub wtorek nadrobię zaległości, a niedzielę przeznaczę na miły relaks we dwoje. I tak też było do końca dnia, do powrotu do stołecznego domku.
A w poniedziałek o świcie puściłem się w las, bez planu, z prostą myślą, że ma być długo i namiętnie. Na pierwszym kilometrze wpadłem na rozgrzewającego się Wojtka Staszewskiego, dziennikarza GW, autora książki o bieganiu, trenera LA i pociągnąłem go ze sobą. Obu nam towarzystwo było zdecydowanie na rękę. Wojtek planował 90 minut człapania poniżej 5 minut per kilo, ja ponad 2 godziny szybciej. Pierwsza pętla spłynęła po nas jak po kaczkach w średnim tempie koło 4:40 per kilo. Druga dyszka po dziesięć sekund szybciej w dobrych humorach i średnich wartościach tętna. Wojtek odbił do auta, a ja dokręciłem jeszcze 5200 metrów, czyli kabacką mniejszą pętlę z dobiegiem do torów, moim ciut dłuższym finiszem maratońskim. Samotnie podkręciłem tempo do 4:05, 800 metrów schłodzenia, a w domu najpierw miły sms od Kasi o treści: „Byłam z Psami, znaj mnie!”, a potem 20 minut po kąpieli na fotelu z wielką butlą aloesowego napoju. Mojej izotonicznej ambrozji. Kolano w biegu zachowywało się właściwie, ale przemęczenie dało znać w dalszej części dnia. I wysyła sygnały do dziś.
Na razie wzbraniam się przed badaniami usg i wizytą u lekarza, leczę się sam. Wtorek przeznaczyłem  na rowerowy wypad na nagranie Centrum – Praga – Kabaty, w sumie ponad 3 dyszki, ale w równym, mocnym tempie. A środę na nicnierobizm, traumellizm i diklofenakyzm.
Dzisiaj czwartek, czas na mocny akcent. Jaki? Sam jeszcze nie wiem. Może tysiączki, może 4 x 5km, może dwukilometrówki, wszystko zależy od rozgrzewki. Wtedy sprawdzę stan prawego kolana. Bliżej nieokreślony, wszechogarniający lekki ból w stawie ćmi, ale trzeba dołożyć do pieca. Już tylko 10 dni do startu! Plan treningowy do 15 kwietnia? Rozsądny trenuję i… dbam o zdrowieJ
PS. Właśnie wróciłem z lasu. Kolano w formie, ja chyba teżJ Postawiłem na trójki – pierwsza rozgrzewkowa w 12:30, druga po kilometrowym truchcie 11:10, trzecia za chwilę 10:50, w końcu na deser 2200 metrów – 3:30 per kilo, finisz ostro! Potem trucht i 4 serie dynamicznego PB bez G – scyzoryki i pompki wybijanki. Kąpiel, traumell i wcierka w kolano. Czas na ostatni mocny akcent, z Pedrem mamy w planach 4x5km poniżej tempa maratońskiego. Będę leciał za nim i patrzył na znikający punkt przed sobą, Pedro przetrze szlakJ
Hough! Wesołego jajka!
Rosół

piątek, 30 marca 2012

ENDORFINO WRÓĆ!

Mój wynik w warszawskiej połówce niósł mnie przez 3 kolejne dni. Endorfiny rozpierały mięśnie, serce i gębę w uśmiechuJ Przygniotło je dopiero późno środowe zmęczenie materiału. Nie tylko w głowie, ale i w ciele. W poniedziałek zrobiłem dzień wolny od ruchu, za to w kompresyjnych skarpetach o przeznaczeniu: recovery. Porządkowanie spraw codziennych zabrało niestety szanse na długą i rzetelną odnowę biologiczną. I nie myślę tutaj o dwudniowym pobycie w sześciogwiazdkowym spa , lecz o godzinnej solance w mojej wannie. W ciszy, samotności, nudzie i bezmyślności.
Używam soli bocheńskiej, kosztuje dyszkę w aptece, poza tym nie żałuję sobie innych bąbelkowo-pianowych specyfików, które akurat stoją w łazience. Ciepła woda koi ból, rozluźnia mięśnie. Mam jakieś dziwne opory przed czytaniem w wannie od dnia, gdy wpadłem na informację, że źle wpływa na wzrok. Według tamtego źródła hamuje się proces wytwarzania czegoś tam i to negatywnie wpływa na widzenie. Ograniczam na wszelki wypadek.
Ponieważ rzadko zażywam podobnych kąpieli, dlatego już samo leżenie jest dla mnie luksusem. Godzinka mija jak z płatka, gdyby trasa na zawodach chciała tak szybka uciekać spod stóp, haha. Tej solanki i snu niestety zabrakło mi do dziś. Płacę za to krokiem starca z ostrym bólem w lewym biodrze i nieopisanym, bo zastanawiającym mrowieniem w prawym kolanie. Niezgrabny krok szybko mija, ale nie tak powinien wyglądać mój organizm w piątek 30 marca. Dziś powinienem być zrelaksowany jak młody byczek, a czuję, że do tego stanu daleko.
Noce były zarwane z dwóch powodów. Moja Żona dostała w prezencie na ten tydzień w pracy poranki, więc pobudkę zaliczała w pół do czwartej. Ja natomiast spałem w jednym łóżku z Marysią, która z kolei walczyła z katarem prowadzącym do atomowego mokrego kaszlu. Spania niewiele w pierwszej fazie do północy, po drugiej ze stopą Marii na twarzy odbębniałem zaległości. Zawsze coś. Wtorek zaliczyłem rowerowo. Kilkadziesiąt kilometrów w dobrej kondycji, trochę wylanego potu, poza tym intensywnie w pracy. Środa to fajny trening, naprawdę.
Otóż w środę spędziłem z kamerą na AWF-ie cały dzień z piłkarskimi sędziami ekstraklasy. Pierwsza część teoretyczna minęła dość sprawnie, a po niej przyszedł czas na testy biegowe. Rozgrzewka zgodnie z założeniami sędziowskimi UEFA, wreszcie 6 sprintów na odcinku 40 metrów. Czas na wykonanie każdego zadania 6,2 sekundy. Sporo, ale nieduże przerwy na odpoczynek, a w zanadrzu clue programu: 10 sesji 30-sekundowych. W sprintach, tak zapomnianych przez moje mięśnie i plany treningowe, trzymałem się w przedziale: 5,50-5,60, ostatni odcinek poleciałem z kamerą w dłoni. Czas 6,04, więc pod wymaganą granicą, z 11-kilogramowym balastem (waga niezbyt poręcznej kamery xdcam!), dodał optymizmu nam wszystkimJ
Sesje 30-sekundowe to jeden z ulubionych treningów szybkości w przygotowaniach do maratonu Norriego Williamsona, trenera z RPA. Ja zazwyczaj wykonuję je w lesie albo przy pobliskim polu w rytmie: 30 sekund około 150-160 metrów, potem 30 sekund truchtu. Dla sędziów głównych są natomiast następujące kryteria: 30 sekund po bieżni na 150 metrów i 35 sekund w marszu, czyli przychylniej niż u Williamsona. Niebawem ma to być jednak właściwe 30 na 30. Wiatr robił swoje, dmuchało konkretnie na jednej prostej, ale wszyscy zaliczyli. Dla mnie była to czysta przyjemność. Nie zrobiłem jednak potem rozbiegania i znów sprawiłem swoim mięśniom małe kuku. A za błędy się płaci. Czuję to do dziś.
Czwartek właściwie trudno nazwać dniem z treningiem, choć niemal od 10:00 do 15:00 w stroju biegowym. Nagrania zdjęć do czołówki nowego programu, czyli masa powtórzeń i zrywów na potrzeby kamery. Ponadto zimnica i nieoczekiwane zmiany aury przez mocny wicher. Ale za to noc w mocnym śnie przez 9 godzin. Bosko!
A dziś właśnie zaraz wybiegam z pracy do domu na solankę. Better later than never!
PS. Wnioski z tego tygodnia: po pierwsze odnowa biologiczna! Po drugie odnowa biologiczna! Po trzecie odnowa biologiczna i trening! Muszę zakupić stick do masażu!
Hough!
Rosół

poniedziałek, 26 marca 2012

WIWAT SUPERKOMPENSACJA!

Za mną dziwny życiowo i biegowo tydzień. Od poniedziałku do niedzielnego startu 7. Półmaratonu Warszawskiego zaliczyłem cztery jednostki treningowe, piąta to zawody. W pracy miałem ostro interwałowo codziennie. Najważniejszy trening wypadł na czwartek, czyli dzień z nagraniem do dwóch programów, więc solidnie napakowany robotą. Ale wiedziałem, że muszę i to nakręciło mnie na pozytywne myślenie o niedzielnej połówce. Ale nim przekroczę linię mety wracam do startu tygodnia.
W poniedziałek po intensywnym weekendzie zrobiłem swobodne wybieganie, 12 kilometrów po 4:45, wtorek odpuściłem biegowo, w środę, zabijcie mnie nie pamiętam, ale kołacze mi w głowie jakaś 14-stka w średnim tempie. Chyba tak. wreszcie czwartkowa superkompensacja, czyli budowanie mocy na niedzielę. Jednak niewiele brakowało, żebym odpuścił. Miałem wystartować o świcie, trochę ponad 72 godziny, niezbędne do właściwych reakcji w organizmie biegacza, żeby cały proces przebiegł zgodnie z założeniami. Postawiłem na obowiązki pracowo – domowe, potem miałem zdjęcia do nowego programu biegowego, jako twórca i tworzywo, a po szybkim prysznicu kolejne nagranie, tym razem po drugiej stronie Wisły. Dzień pełny jak pielucha niemowlaka po butelce mleka.
Dopiero o 17:00 skończyłem zdjęcia, do domu dystans ponad 21 kaemów, do firmy kilkanaście. Dźwiękowiec Wojtek jechał tam ze sprzętem, więc spakowałem swoje ciuszki codzienne, włożyłem lekki zestaw biegowy i ruszyłem na spóźnioną o 8 godzin superkompensację. Ale nie róbmy z biegania aptekiJ
Pogoda była idealna, zachodzące słoneczko, rześki chłodek, na stopach dawno nieużywane lekkie pumki faas 250, wykorzystywane przeze mnie do szybszych startów, leciałem w nich nawet dwa maratony. Na pewno na interwały, dyszki i temu podobne są w porządku. To miał być ich tegoroczny treningowy debiut i przetarcie przed półmaratonem. Zdały egzamin, gorzej skarpetki, zdarłem pod drugim palcem stopy skórę, trudno, nie umręJ Mój trening zacząłem od testu swojego stanu ogólnego samopoczucia. Głowa wydawała rozkaz, że 8 x 800 metrów należy wykonać, ale nie wiedziałem co na to reszta ciała. Ruszyłem więc zdecydowanie przez tuzin minut. Rozkręcałem się z każdym krokiem, mimo przemęczenia i braku rozgrzewki. Tempo szacuję na 4:15 per kilo +/- 5 sekund. Lekko niosło w lekkich butach po równym asfalcie. Potem 5 minut ogólnorozwojówki wzdłuż Wału Miedzeszyńskigo i ostatecznie 7 x 2:30 bez pieszczot. Trasa wzdłuż Wisły i przez nią Mostem Siekierkowskim była w sam raz na ten trening. Pusta, szybka, z lekkim urozmaiceniem ukształtowania terenu. Zostało jeszcze 12 minut na schłodzenie w spokojnym truchcie i z uśmiechem na twarzy po zaliczonym w dobrym stylu i zdrowiu najważniejszego treningu. Pierwszy raz superkompensowałem swoje moce przerobowe przed startem tak rzetelnie i zgodnie z prawidłami na 3-4 dni przed startem. Zazwyczaj słabiej wytrenowanym lub starszym biegaczom zaleca się takie zajęcia na 4 dni przed zawodami, żeby zdążyli odpowiednio się zregenerować. Reszta na 72 godziny do biegu. Muszę dodać, że w czwartkowy wieczór napatoczył się Sąsiad z Synkiem i łyknąłem dwie porcje, takie od serca, single malcika, saute, bo nie profanuję smaku whisky żadnym lodem, colą czy innym dodatkiem.
Piątek spędziłem w Krakowie na wywiadzie i meczu. Bez treningu, za to dużo spacerowania po Błoniach, rynku i plantach. Do tego pyszny trzydaniowy obiad, wiem, poszedłem po bandzie, ale w Trattorii Pergamin, niedawno otwartej włoskiej knajpce przy Błoniach, było pysznie. Pod każdym względem, od serwisu po smakowitości na talerzach. Mój zestaw to polenta z grzybami na ciepło na przystawkę, krem ze szparagów z olejem lnianym, na drugie gnocchi z krewetkami i cukinią, wreszcie w ramach lekkiej przesady na wynos kawał czekoladowego ciasta z chrupkim spodem i galaretką malinową on top. Niby sporo, ale porcje nie były ogromne jak u Chińczyka w budzie, w sam raz, żeby poczuć się komfortowo. Poza tym w Pergaminie spędziłem z Kumplem Markiem ponad godzinkę. Wolne tempo, spokojne trawienie, wszystko ułożyło się klawo. Karbolołding na medalJ
Przekimałem u innego Kumpla i o świcie miałem dylemat. Wyrobić dodatkową godzinkę snu, w końcu przedostatnia przed startem to najważniejsza noc, czy jednak przed wyjazdem wyskoczyć na Błonia na rozruch, a dokimać w pekapie. Wybrałem tę drugą opcję i znów trafiony wybór. Kwadrans żwawego biegu, trochę ćwiczeń w truchcie, wymachów rękami i nogami, króków dostawnych i przeplatanek, a potem 3 dłuższe rytmowe przebieżki i powrót w truchcie. 3 szybkie, krótkie serie PB bez G i przysznic. Sobota minęła znów w biegu, ale pracowym i domowym. Nie zapomniałem o nawodnieniu, ale tym razem postawiłem na napój aloesowy i wodę Piwniczankę – moja ulubiona. A aloes łączy dwie dobre sprawy w jednym – wartości wodne i niezbyt przesadną słodycz. Lubię smak, więc duża butla nie stanowiła problemu. A do tego niepełna druga Piwniczanki zatankowały mnie do pełna.
Niedzielna pobudka z lekkim opóźnieniem wskutek męczącego kataru i kaszlu Marysi, Bidulka;(, a także zmiany czasu o godzinkę. Bieg do metra, w drodze śniadanko, czyli rogal z czekoladą i izotonik, jazda pod Stadion Narodowy, tam odbiór numeru, umówienie kwestii zdjęć z ekipą, brawa dla Anity i Kuby oraz reszty za super koordynację! A potem szybka rozgrzewka, kilka dłuższych przebieżek pod górkę i na start. Martwiłem się trochę o fizjologię, lecz ciężką sprawę załatwiłem w domu, a pół litra izotoniku zabrałem w sobie na trasę. I ruszyłem z pierwszej strefy z kamerką go pro hd hero2 w dłoniJ
Moim celem był bieg poniżej 4 minut per kilo, pod kątem maratonu w Łodzi w połowie kwietnia. Oczywiście, żeby zrobić życiówkę, ale samemu nie wiedząc co ja w sobie mam po takim tygodniu, po szarpaninie pracowej, po wciskaniu treningów w każdą wolną chwilkę. Stwierdziłem jednak, że gdybym miał się nad tym zastanawiać to pewnie w ogóle nie powinienem wyłazić z domu. Poleciałem. Pierwszy raz nie wziąłem paska od pulsometra. Pobiegłem więc bez odczytu tętna, żeby się nim nie sugerować, że za wysokie. Po bandzie, na maksa!
Kamerka w ręku nie była żadnym obciążeniem, nawet uważam, że lekko odciążała mój umysł. Ja mam problem z zawodami w Warszawie, bo nie dość, że odliczam kilometry to dodatkowo znam każdą mijaną ulicę, każdą stołeczną dziurę. Tym razem było łatwiej. Sam bieg opiszę kiedy indziej, a może zwyczajnie załączę jakiś szybki filmik z go pro hd, jeśli w ogóle coś z tego wyszło. Miałem na trasie tylko jeden kryzys, tak koło 12 kilometra przed ostrym podbiegiem pod Agrykolę. Mała grupka, z którą biegłem niemal od startu, złożona z dwóch Dziewczyn i trzech Facetów zaczęła po półmetku ode mnie uciekać. Myślałem, że zwalniam, ale okazało się, że to Oni podkręcili tempo. Moja druga dyszka była ciut wolniejsza, wspomniana grupka wpadła na metę kilkaset metrów przede mną. Mój czas to 1 godzina 20 minut i 10 sekund. Liczyłem na więcej, dosłownie, bo coś tuż poniżej 1h 24min, a tu proszę, 89 miejsce w klasyfikacji generalnej i super wynik w kontekście zbliżającego się łódzkiego maratonu. No i na deser pudło w klasyfikacji dziennikarzy za Krzyśkiem Dołęgowskim z bieganie.pl. Ale to mocarz, UTMB (166 km) wokół Mont Blanca zakończył na 30 miejscu z genialnym czasem. Wstydu nie ma, dalej płynę na endorfinach, które mną zawładnęły bez reszty! Wiwat superkompensacja!
Hough!
Rosół